• Rozmowa z dzieckiem

    1/2016
  • Spis treści

    Wiara uchwycona, czyli dyskusja pierwsza

    Autor: Jerzy Sojka | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: teologicznie

    Wiara wynikająca z ludzkiego rozumu, skupiona na swoich spekulacjach, stoi sobie z boku, z rękami w kieszeniach i stwierdza, że jej nie obchodzi życie i zbawienie…

    czytaj artykuł

    Rozmowy z dziećmi

    Autor: Danuta Mendroch | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: Już rozumiem

    A dlaczego ten krzew jest winny? Co takiego zrobił?

    czytaj artykuł

    W drodze do męstwa

    Autor: Maria Czudek | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: przestudiuj

    W mojej relacji ze Stwórcą przywilejem jawi się bycie w pozycji dziecka.

    czytaj artykuł

    Tatusiu, skąd on to wiedział?

    Autor: ks. Wojciech Pracki | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: ksiądz pisze

    – Dawno, dawno temu był sobie taki ksiądz…  –  zaczął.

    czytaj artykuł

    Będę oceanolożką!

    Autor: Kamila Walczak | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: rozmowa

    Dzieciństwa oczywiście są różne.

    czytaj artykuł

    Zrób coś dobrego dla siebie

    Autor: Anna Dworaczyńska | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: psychologicznie

    czyli o jedzeniu jako wypełnianiu emocjonalnej pustki

    czytaj artykuł

    Bądź grzeczny

    Autor: Stanisław Malinowski | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: poetycko

    Rozmowa z synem – retrospekcja.

    czytaj artykuł

    Jadą, jadą dzieci drogą, siostrzyczka i brat…

    Autor: Lucyna Bujok | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: psychologicznie

    Od jakiegoś czasu rozmowy z moją dwuipółletnią córeczką mieszczą się w dwóch obszarach: oczekiwania na braciszka i strachów, jakie od jakiegoś czasu zaczęły ją dręczyć.

    czytaj artykuł

    Jaka matka, taka córka

    Autor: Lidia Czyż | Data publikacji: 26 marca 2016 | Tematyka: Już rozumiem

    Wyluzuj trochę. Teraz są inne czasy.

    czytaj artykuł
  • Tematyka: teologicznie
    Jerzy Sojka

    Jerzy Sojka

    doktor teologii ewangelickiej, wykładowca akademicki

    Wiara uchwycona, czyli dyskusja pierwsza

    Wiara uchwycona, czyli dyskusja pierwsza
    fot. Slavomir Ulicny

    Wiara wynikająca z ludzkiego rozumu, skupiona na swoich spekulacjach, stoi sobie z boku, z rękami w kieszeniach i stwierdza, że jej nie obchodzi życie i zbawienie…

    Średniowieczny uniwersytet wykształcił specyficzną formę stanowiącą ramy dla naukowej debaty. Były nią tzw. dysputacje. Chodziło o zestawy tez, które później w bezpośrednim starciu z innymi uczonymi należało obronić. Był to standardowy element życia akademickiego. Nic dziwnego zatem, że kiedy Marcin Luter uznał jesienią 1517 roku, że należy wystąpić z krytyką obserwowanej przez siebie praktyki odpustowej i że musi to zrobić z pozycji profesora teologii, to wybrał akurat dysputę do tego, by swój sprzeciw zaprezentować. Dysputę, bo właśnie nią były słynne „95 tez przeciwko odpustom” ogłoszone w Wittenberdze 31 października 1517 r. Stały się one symbolicznym początkiem Reformacji. Przy czym warto wiedzieć, że nie była to ani jedyna, ani też najważniejsza pod względem merytorycznym dysputacja przygotowana przez M. Lutra. Jeśli chodzi o wagę teologiczną to „95 tez…” przewyższa choćby „Dysputacja przeciw teologii scholastycznej” z 1517 roku, czy „Dysputacja heidelberska” z kwietnia roku kolejnego. Wittenberczykowi zdarzało się również przygotowywać dysputacje na promocje doktorskie. Będący ukoronowaniem, a nie jak dzisiaj początkiem, drogi naukowej stopień doktora przyznawano bowiem nie na podstawie przygotowanej rozprawy doktorskiej, ale na podstawie obrony przez doktoranta zestawu tez, który przygotował jego promotor. Przykładem takiej dysputy jest ta, którą chcę się teraz zająć.

    Pochodzi ona najprawdopodobniej z 11 września 1535 roku i była przygotowana na promocję doktorską Hieronymusa Wellera. Jej tematem jest tekst biblijny kluczowy dla całej reformacyjnej teologii, a mianowicie List do Rzymian: „Uważamy bowiem, że człowiek bywa usprawiedliwiony przez wiarę, niezależnie od uczynków zakonu”, zaś w tłumaczeniu opartym na przekładzie M. Lutra tekst ten brzmiał: „Uważamy bowiem, że człowiek staje się sprawiedliwy bez uczynków Zakonu, przez SAMĄ wiarę”. Tego SAMĄ w swoim tłumaczeniu Wittenberczyk bronił w sporach z wiernymi papieżowi krytykami jego przekładu biblijnego, argumentując, że tym dodatkiem oddał sens tłumaczonego fragmentu, który ginął w przekładzie słowo w słowo na niemiecki. To krótkie słówko SAMĄ w odniesieniu do wiary stanowi w pewnym sensie istotę jego teologii w jej kluczowym punkcie, to jest odpowiedzi na pytanie o zbawienie człowieka, zaś dysputa, której się tutaj przyglądamy, stanowi w jakimś sensie owego SAMĄ rozwinięcie.

    Luter rozpoczyna 71 tez przygotowanych dla H. Wellera od jasnego stwierdzenia, że wiara jest darem Ducha Świętego i tylko jako taka powinna być rozumiana w kolejnych tezach. Następnie przechodzi do bezpośredniej krytyki średniowiecznych scholastycznych rozróżnień dotyczących wiary. Na pierwszy ogień idzie rozróżnienie mające bezpośredni związek z tezą pierwszą o wierze jako darze Ducha Świętego. Średniowieczna teologia dzieliła bowiem wiarę na tę, którą człowiek zyskał na podstawie własnego rozumu, i na tę, którą wlewał Duch Święty, uzupełniając i dopełniając tę pierwszą. M. Luter odrzuca to rozróżnienie, gdyż w omawianym fragmencie Listu do Rzymian nie ma mowy o wierze, która jest wynikiem własnego wysiłku człowieka. Nie jest to też wiara historyczna, tzn. wiara, że coś miało miejsce w historii. Odrzuca też inny pogląd średniowiecznej teologii, a mianowicie, że podstawą usprawiedliwienia, a więc zbawienia człowieka jest wiara, która musi zostać uformowana przez miłość, a więc wiara, która została umieszczona w ramach dobrych uczynków człowieka. Odrzuca te tezy, gdyż jego zdaniem prowadzą one do wniosku, że może dojść do sytuacji, w której Duch Święty wlewa w człowieka wiarę, która nie znajduje sobie w nim miejsca obok grzechu śmiertelnego i tym sposobem człowiek wierzący trafia na potępienie. To jest dla Lutra nauczanie o zamglonym i niepotrzebnym Chrystusie, z którego dla wierzącego jest tyle pożytku, ile mają z Chrystusa sam diabeł i potępieni. Tym ostatnim bowiem nie sposób odmówić wiary pochodzącej z ich własnego rozumu, niebędącej darem Ducha Świętego. Mimo tego, że Paweł na wiele sposobów omawia wiarę, zdaniem M. Lutra nie może się to stać podstawą do wyrafinowanych scholastycznych rozróżnień na różne typy wiary.

    W Liście do Rzymian 3,28 chodzi bowiem o inną wiarę. Wiarę, która skutecznie czyni Chrystusa ochroną dla człowieka przed śmiercią, grzechem i Zakonem. Taka wiara odróżnia wierzących od samego diabła i zmierzających do piekła, czyniąc z nich dzieci Boże. To jest wiara, która „uchwyca się” Chrystusa. Czasownik „chwytać” był jednym z ulubionych określeń Marcina Lutra na to, jak działa wiara. Ma ona chwycić się Chrystusa, który umarł ze względu na grzechy człowieka i zmartwychwstał, by obdarzyć go sprawiedliwością. To nie wiara, która słucha jedynie historii o krzyżu i zmartwychwstaniu, ale dostrzega w nich miłość Bożą Ojca w Chrystusie wydanego za ludzkie grzechy. To jest wiara, o której mówi Paweł. To jest wiara, którą budzi w człowieku Duch Święty. Nie jest ona dziełem ludzkim, nie człowiek sam z siebie generuje w sobie zdolność „uchwycenia” się Chrystusa, ale otrzymuje ją w darze. Dar ten trafia do niego w zwiastowanej mu Ewangelii, w której działa Duch Święty budzący wiarę. Nie jest to więc wiara wynikająca z ludzkiego rozumu. Taka wiara zdolna jest jedynie uznać, że był ktoś taki jak Chrystus, że cierpiał i że zmartwychwstał. Nie jest ona jednak w stanie uczynić rzeczy kluczowej, tj. uznać, że całe to dzieło Chrystusa było uczynione „dla mnie”, to jest dla konkretnego, wierzącego człowieka. Wiara ta zatem nie jest przeświadczeniem o pewnych wydarzeniach historycznych, ale zaufaniem, że Boży dar jest oferowany człowiekowi osobiście. Istotnym jej komponentem jest pewność, wynikająca z autodiagnozy własnej grzeszności (więcej na ten temat napiszę w kolejnych tekstach, kolejnych dysputach). Tak, jak cały świat jest grzeszny i za jego grzech zmarł Chrystus, tak uczynił to też za moje grzechy. Taka wiara nie stara się więc spekulować o dziele Chrystusa, ale pragnie przyjąć płynące z niego pożytki – życie i zbawienie. Luter opisuje to obrazowo, że wiara wynikająca z ludzkiego rozumu, skupiona na swoich spekulacjach, stoi sobie wtedy z boku, z rękami w kieszeniach i stwierdza, że jej nie obchodzi życie i zbawienie. Zaś wiara prawdziwa wyciąga rozłożone ręce, by przyjąć Chrystusa i mówi: „To jest mój Ukochany i ja jestem Jego”, czego przykładem jest fragment z Listu do Galacjan 2,20. Jej istotą jest zatem nie teoretyczna wiedza o Chrystusie i jego dziele, ale odniesienie tej treści „do siebie”.

    Taka wiara zbawia i usprawiedliwia na podstawie siebie samej, a nie na podstawie uczynków Zakonu. Usprawiedliwienie dokonuje się bowiem albo na podstawie Zakonu, albo na podstawie miłosierdzia Chrystusa, ale wtedy już bez uczynków Zakonu. Oczywiście z tej alternatywy prawdziwa jest tylko pierwsza ewentualność. Bowiem zgodnie z tekstem Księgi Izajasza 53,5n to właśnie na Jezusa zostały złożone grzechy i choroby ludzkości i dlatego ludzie są usprawiedliwieni dzięki łasce. Zaś ich (dobre) uczynki to jedynie następstwo, a nie założenie, usprawiedliwienia. M. Luter więc stwierdza, że sam człowiek ich nie czyni, tylko są w nim one dziełem samego Chrystusa.

    Jednak taka wiara nie mieszka w człowieku sama z siebie. Człowiek sam z siebie zdolny jest tylko do wiary wywiedzionej z własnego rozumu, owej wiary historycznej niebędącej wiarą zbawczą. Nie każdy też ją otrzymuje (por. np. List do Rzymian 10,16). Na pewno nie zostali nią obdarzeni ci, którzy twierdzą, że można zyskać usprawiedliwienie na podstawie swoich własnych czynów, własnej zasługi. W chrześcijaństwie jest oczywiście miejsce na dobre uczynki. Są one jednak jedynie następstwem wiary,  czymś naturalnie do niej przynależnym. Tak jak dobre drzewo rodzi dobre owoce nie dlatego, że musi, ale dlatego, że taka jest jego natura. Przy czym zawsze kierunek jest jeden: od wiary do dobrych uczynków. To wiara czyni sprawiedliwym w Bożych oczach i uzdalnia do dobrych uczynków. Tak więc czynienie dobrych uczynków nie może zmienić rozumu ani woli człowieka i nie może go uczynić sprawiedliwym przed Bogiem. To Bóg czyni człowieka sprawiedliwym, a potem on wykonuje dobre uczynki. Tym samym nie chodzi o ludzkie kryterium, co jest dobrym uczynkiem, ale Bożą perspektywę. Bowiem to Bóg jest Panem nad wszystkim, także nad Zakonem i sabatem.

    Dalej Luter rozprawia się z jego zdaniem pozornymi argumentami z Pisma Świętego, jakie miałyby rzekomo przemawiać za sprawiedliwością z uczynków, takimi jak teksty z Ewangelii Mateusza 19,17; 22,37; 12,30, Ewangelii Łukasza 10,27 i innymi. Ukazuje przy tym swoją podstawową zasadę wykładu Pisma Świętego. Jest nią sam Chrystus. Mianowicie Pismo należy wykładać zgodnie z prawdą o zbawczym dziele Chrystusa, a nie przeciw niej. M. Luter ujmuje to dosadnie w następującej tezie: „Kiedy nasi przeciwnicy nieustannie obstają przy Piśmie przeciw Chrystusowi, to my obstajemy przy Chrystusie przeciw Pismu”. Zatem to Chrystus jest kluczem do Pisma Świętego. Z perspektywy Jego dzieła należy interpretować wszelkie wypowiedzi Pisma Świętego, także te wzywające do dobrych uczynków. Wtedy okaże się, że teksty te owszem wzywają do dobrych uczynków, ale nie mówią o własnych, samodzielnych wysiłkach człowieka, ale o dziele Chrystusa w nim. Są wynikiem tego, że święci (=wierzący) skupiają się we wszystkim, co czynią na Chrystusie. On jest bowiem Głową i Panem wszystkiego.

    Jeśliby bowiem miało coś z dwojga upaść: Chrystus bądź Zakon, to niech będzie to ten ostatni, gdyż z Chrystusem możemy bardzo szybko sami sformułować nowe tablice z Zakonem i wszystko właściwie osądzić. Dokładnie tak jak uczynili to Piotr, Paweł i inni apostołowie w swoich listach, a szczególnie jak czynił to sam Chrystus w Ewangeliach. Takie tablice z Zakonem będą ważniejsze niż Dekalog przekazany przez Mojżesza, gdyż dostarczane przez nich wyobrażenie Boga mają nawet poganie (por. List do Rzymian 2,14). Każdy bowiem chrześcijanin przepełniony Duchem Świętym jest w stanie stworzyć taki nowy Dekalog i wszystko właściwie osądzać. Jednak nie znaczy to, że ten, który mamy, należy lekceważyć. Trzeba pamiętać, że w człowieku pozostaje ciało (w znaczeniu grzeszność) walczące przeciw duchowi. Stąd nie należy odrzucać istniejących przykazań i pism apostołów, bowiem żaden chrześcijanin w pojedynkę nie dysponuje nieomylnością, którą Bóg swoim szczególnym wyrokiem obdarzył apostołów, a także cały Kościół powszechny.

    Wszelkie zatem ludzkie uczynki mogą być święte, mądre i sprawiedliwe. Jednak gdy brak przy nich wiary, wtedy powodują tylko gniew Boży i potępienie, gdyż wszystko zależy od Bożego miłosierdzia, a nie od ludzkich wysiłków. Bowiem tylko Jego miłosierdzie, a nie uczynki są dla człowieka sprawiedliwością. Dlatego właśnie usprawiedliwienie jest nazwane u Jana nowym narodzeniem ku odnowieniu (Ewangelia Jana 1,12 i 1 List Jana 5,1.13). Dlatego też Paweł w Liście do Tytusa 3,5 nazywa Chrzest kąpielą nowego narodzenia, którą zgodnie z Ewangelią Jana 3,3 jest warunkiem ujrzenia Królestwa Bożego. Chrzest jest bowiem dla M. Lutra praktycznym zastosowaniem usprawiedliwienia. W nim oferowany jest zbawczy dar nowego narodzenia. Oczywiście zgodnie z całą logiką omawianej dysputacji zbawienny dar nowego narodzenia w Chrzcie by być skutecznym, musi być przyjęty dzięki darowi wiary. Stąd też tak jak dzięki własnym uczynkom nie sposób narodzić się na nowo, tak też nie sposób stać sprawiedliwym. To wszystko jest bowiem dziełem Ducha Świętego, który czyni człowieka sprawiedliwym, nowym stworzeniem (2 List do Koryntian 5,17) i zarodkiem stworzenia przez Słowo Prawdy (List Jakuba 1,18). Żadna z tych rzeczy, które tutaj zostały przypisane Duchowi Świętemu, nie może być osiągnięta przez uczynki człowieka. Twierdzenie takie jest zwykłym bluźnierstwem, takim samym jak twierdzenie, że człowiek sam siebie stworzył (por. Księga Psalmów 100,3 i Księga Malachiasza 2,10). Podobnym temu obrażającym Boga twierdzeniem jest też to, że człowiek sam z siebie jest swoim własnym bogiem, stwórcą czy ojcem.

    Cała dysputa skupia się więc na obronie podstawowej prawdy reformacyjnej teologii: człowiek zostaje zbawiony (usprawiedliwiony) tylko i wyłącznie dzięki działaniu Bożemu, wynikającemu z Jego miłosierdzia, a nie dzięki własnym wysiłkom. Zbawienie w pełni jest darem. Dar wiary zaś zmienia człowieka, uzdalniając go do dobrych uczynków. W kolejnej dysputacji, odnoszącej się do tego samego tekstu, Marcin Luter rozwinie wątek powyższych rozważań, skupiając się jednak nie na pojęciu wiary, ale Zakonu. I o tym w kolejnym numerze „Warto”.

  • Tematyka: Już rozumiem
    Danuta Mendroch

    Danuta Mendroch

    fizjoterapeutka

    Rozmowy z dziećmi

    Rozmowy z dziećmi
    fot. Marcin Kolanko

    A dlaczego ten krzew jest winny? Co takiego zrobił?

    Moje spotkania z dziećmi w wieku wczesnoszkolnym, pełne spontanicznych wypowiedzi, widzenia świata ich oczami, wrażliwości. Wzruszają mnie, bawią, uczą. Żałuję, że nie spisywałam ich regularnie, bo wiele z tych wypowiedzi uleciało z mojej pamięci.

    – Pamiętacie, jak Izraelici uciekali przed Egipcjanami i doszli do morza Czerwonego?
    – Tak! Izraelici urządzili sobie nad morzem piknik i tam dopadli ich Egipcjanie.

    – Maria miała urodzić Pana Jezusa, ale nie miała męża.
    – Proszę pani – cieszy się mała dziewczynka – to tak jak moja mama!

    – O Panu Jezusie Biblia mówi, że zwyciężył lew z pokolenia Judy.
    – Proszę pani, ja znam tyle ras lwów, ale o takiej jeszcze nie słyszałem.

    – Kto pilnował po śmierci Jezusa wejścia do grobu?
    – Wojskuni – pada odpowiedź.

    – Pan Jezus jest krzewem winnym, a my latoroślami.
    – A dlaczego ten krzew jest winny? Co takiego zrobił?

    – Co to znaczy społeczność świętych? Kto do niej należy?
    – Granica [to nasz kościelny], ksiądz i Pan Bóg.
    – I to już wszyscy? – pytam.
    – Nooo, ja bym też mógł, gdyby nie mój brat. Przez niego mam duuużo grzechów, bo się bijemy.

    Spotkanie z dziećmi z miasta na naszej werandzie. Zauważam, że zniknęła metalowa wycieraczka sprzed drzwi.
    – Nie wiecie przypadkiem, co się z nią stało? – pytam.
    – Proszę pani, ona mała była, ile byśmy za nią w skupie złomu dostali? – odpowiadają rzeczowo.

    Wspominam świąteczne spotkanie wigilijne w tym gronie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bywali agresywni, trudni, często przerastało to moje możliwości pedagogiczne…

    Tym razem przeszliśmy z pomieszczenia na werandzie do domu, żeby było świątecznie, uroczyście. Nakryłam stół, jedliśmy nie tak jak zwykle skromne kanapki z pasztetem i dżemem. Była prawdziwa kolacja wigilijna. Śpiewaliśmy kolędy, nie potrzebowałam ich do tego zachęcać. Potem rozdałam opłatki, a oni wszyscy wstali i składali sobie życzenia. To był piękny, wzruszający i zaskakujący moment. Nie spodziewałam się, że wytworzą taką atmosferę. Było około 30 dzieci. A potem jeden z nich powiedział: „Gdyby tu był mój tata, to by wszystko porozwalał”. Dzisiaj sam już jest tatą. Zastanawiam się, czy powielił zachowania taty, czy wyniósł też coś z naszych rozmów, spotkań. Często o tym myślę.

    Pamiętam przed laty spotkanie już nie tylko z dziećmi, ale też z młodzieżą z miasta. Tak szybko nam dorośli, a my im towarzyszyliśmy. Zdarzył się tragiczny wypadek. Jeden z chłopaków spłonął w domu. Prawdopodobnie był pod wpływem środków odurzających. Mam przed oczami obraz, kiedy siedzą razem, z kubkami herbaty w ręku, wrócili właśnie z pogrzebu. Sporo milczą, a potem skarżą się, że ksiądz pochował ich brata, kolegę, w lekceważący sposób. Minęło sporo czasu, do dziś pamiętam swoją bezradność w tej rozmowie, żal, współczucie. Wstyd, że nie potrafiłam w swojej ocenie sprostać chwili, nie znalazłam słów. Nie wiem, czy dzisiaj umiałabym, może dzieliłabym się szczerze z nimi swoimi emocjami, a nie próbowałabym zaradzić, mówić mądre rzeczy. To takie żałosne.

    Siedzę w pokoju z dwójką dzieci, Amelka ma 7 lat, Mateusz 10. Na stole pali się świeca, która jest włożona do pojemniczka pomalowanego w zimową scenerię: otulony śniegiem kościół, drzewa. Mateusz mówi:
    – Popatrz, Amelka, jak pięknie świecą się okna w tym kościele od świecy! Jak to pięknie wygląda! Gdybym ja miał coś takiego, to bym sobie patrzył i patrzył.
    – Mateusz, możesz sobie zabrać ten pojemniczek do domu i patrzeć – mówię.
    – Dziękuję bardzo, proszę pani.
    Po chwili dodaje:
    – Jednak nie… Podaruję go babci. Bo wie pani, ona jest chora, leży już długo i nie będzie mogła chodzić. W naszym domu nie ma nawet toalety i jest jej ciężko. Ja dam jej tę świeczkę z obrazkiem, będzie sobie patrzeć i będzie jej miło.
    Jestem wzruszona, myślę sobie, że jest jeszcze nadzieja dla tego świata.

  • Tematyka: przestudiuj
    Maria Czudek

    Maria Czudek

    nauczycielka

    W drodze do męstwa

    W mojej relacji ze Stwórcą przywilejem jawi się bycie w pozycji dziecka.

    Jezus w Ewangelii Łukasza kilkakrotnie używa porównania życia osoby chcącej przestrzegać Bożych przykazań do życia dziecka. Dlatego istotne wydaje się pytanie i warto sobie je zadać – czy jest się dzieckiem przed Bogiem?

    Relacje duchowe można opisać poprzez wzajemną relację ojca i dziecka. Ojciec dba o bezpieczeństwo i potrzeby, dziecko kocha i bezgranicznie ufa.

    Zachęcam do przeczytania poniższych tekstów, by zobaczyć, czy Bóg wypełnia swoje zadanie.
    – List do Filipian 4,19-20 – co to znaczy, że Bóg zaspokoi nasze potrzeby „według bogactwa chwały swojej”?
    – Ewangelia Mateusza 6 – jak Bóg zaspokaja „wszelką” potrzebę?
    – Przypowieści Salomona 3,26 – czy wierzysz, że Bóg jest z Tobą i usuwa sidła spod Twoich nóg?

    2fot. Natalia Iskrzycka

    Teraz inne teksty i kolejne pytania.
    – Przypowieści Salomona 3 – czy praktykujesz zaufanie Bogu?
    – Ks. Kapłańska 26 – na czym polega Boża wierność, jakich decyzji Bóg oczekuje od Ciebie?
    – W Biblii znajdują się zapisane słowa Dawida (Ps 131): „Panie, nie wywyższa się serce moje i nie wynoszą się oczy moje; ani nie chodzi mi o rzeczy zbyt wielkie i zbyt cudowne dla mnie.  Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę; jak dziecię odstawione od piersi u swej matki, tak we mnie spokojna jest dusza moja. Izraelu! Oczekuj Pana Teraz i na wieki!” – czy Twoje „dziecięctwo” pomaga Ci lepiej poznawać Stwórcę? Czy kochasz Go i bezgranicznie Mu ufasz?
    Życie pełne jest chwil trudnych, jak sobie z tym radzisz? Czy jesteś posłuszny Bożej woli i trwasz przy Nim bez względu na to, co przeżywasz?

    Świat wkrada się w nasze umysły i największym zwycięstwem szatana jest to, że na fali „lepszego zrozumienia współczesnego świata” poddajemy się nowym trendom, które burzą absolutny autorytet Biblii. Bywa, że z łatwością poddajemy się zakorzenionym w naszej podświadomości sloganom: „tylko TWOJE pragnienie ma znaczenie”, „POTRZEBUJESZ tego”, „JESTEŚ tego warta…” itd.

    Uświadamiając to sobie, często chce się wrócić do pozycji dziecka, pozycji, w której nie musimy podejmować decyzji, z miłości spełniane są nasze zachcianki, a wszelkie trudności usuwane spod nóg.

    Jak poradzić sobie z rozkoszną chęcią bycia dzieckiem przez całe życie? Są ludzie, którym odpowiedzialność ciąży niemiłosiernie, zaś poddawanie się woli innych jest łatwą ścieżką, którą wybierają. A już najchętniej chcieliby mieć wolność w podejmowaniu decyzji i jednocześnie móc zrzucić odpowiedzialność za swoje czyny na innych. Taka niedojrzałość nie jest niestety rzadkim zjawiskiem.

    A gdzie Ty jesteś dzisiaj w swoim życiu duchowym?

    Paweł w 1. Liście do Koryntian mówi: „ Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię, rozumowałem jak dziecię; lecz gdy na męża wyrosłem, zaniechałem tego, co dziecięce”. Również w historii życia Pana Jezusa czytamy o tym, że „dziecię rosło i nabierało sił, było pełne mądrości, i łaska Boża była nad nim” (Ewangelia Łukasza 2,40). Nie wolno nam pozostać w swoim zachowaniu na poziomie dziecka, Bóg oczekuje od nas, że będziemy się uczyć i zdobytą wiedzę odpowiednio wykorzystywać. Na tym polega duchowa odpowiedzialność. Prowadzi nas ona do miejsca, w którym będziemy mogli wykonywać polecenie Jezusa Chrystusa, aby iść na cały świat i czynić uczniami wszystkie narody.
    To uczy, żeby nie porzucać bliskiej relacji z Bogiem Ojcem, ale równocześnie spełniać Jego oczekiwania. On nie chce nikogo ograniczać, ale w swoim Słowie przygotowuje nas do tego, byśmy dostatecznie „zmężnieli”, by żyć pełnym życiem.

  • Tematyka: ksiądz pisze
    ks. Wojciech Pracki

    ks. Wojciech Pracki

    teolog, duchowny ewangelicki

    Tatusiu, skąd on to wiedział?

    – Dawno, dawno temu był sobie taki ksiądz…  –  zaczął.

    luter_dynia

    – Tatusiu, wkrótce będziemy świętować Halloween – powiedziała radośnie kilkuletnia dziewczynka.
    – Nie kochanie, my świętujemy Pamiątkę Reformacji, a nie Halloween – odpowiedział ojciec dziecka.
    – A co to jest ta Reformacja? – zapytała zdumiona.
    – Dawno, dawno temu był sobie taki ksiądz…  –  zaczął.
    – To podobnie, jak ty tatusiu! – wykrzyknęła, przerywając.
    – Tak, masz rację, był zatem taki ksiądz, ale to nie byłem ja. Nazywał się Marcin Luter. Działo się to w czasach, kiedy ludzie myśleli, że należy płacić pieniądze za to, żeby Pan Bóg ich kochał – wyjaśniał cierpliwie.
    – Ale tatusiu, przecież Pan Bóg nie chce naszych pieniędzy! On nas kocha tak zwyczajnie, bez pieniędzy! – wykrzyknął rezolutny przedszkolak.
    – No właśnie, ale wtedy, pięćset lat temu ludzie jeszcze o tym nie wiedzieli, a Marcin Luter im o tym przypomniał – cierpliwie tłumaczył ksiądz-rodzic.
    – Ale tatusiu, skąd on to wiedział, skoro inni ludzie nie wiedzieli i płacili? – Nie ustępowała dziewczynka.
    – Ksiądz Luter przeczytał to w Biblii – księdze opowiadającej o Bogu i Panu Jezusie. Wtedy niewielu ludzi umiało czytać. Luter nauczał innych, w jaki sposób czytać Biblię i jak ją rozumieć. Właśnie tę prawdę tam odnalazł i ją ogłosił. To ogłoszenie mówiące, że Boża miłość jest za darmo – bez płacenia – to jest właśnie Reformacja, kochanie. Takie trudne słowo – odpowiedział tato.
    – Wiesz co, tatusiu, fajna ta Reformacja, Halloween może się schować – skwitowała dziewczynka.

    Przyznam, że to jak dotąd było najtrudniejsze dla mnie wyzwanie – wytłumaczyć pięcioletniemu dziecku, czym jest Reformacja. Uświadomiłem sobie przy tym, co tak naprawdę stanowi jej rdzeń – odkrycie prawdy o tym, że Boża łaska jest za darmo i dotyka każdego grzesznika, który się na nią otworzy i zrozumie, że bez niej nie sposób żyć. Prawda ta wynika z lektury Słowa Bożego, co oznacza, że aby poznać Boga, Jego zbawczy plan wobec człowieka, należy studiować Biblię. Szczególny nacisk trzeba tu położyć na słowo „studiować”. Nie oznacza ono pobieżnego przeczytania. Za takie uznaję usiłowania interpretacyjne odnoszące się tylko do współczesności i obejmujące tylko dosłowne znaczenie tekstu. Studiowanie natomiast to zmaganie się z nim, poszukiwanie pierwotnego znaczenia, intencji autorów. Nie chodzi też o naukową egzegezę, sięganie do hebrajskiego czy greckiego oryginału. Przecież można równolegle do lektury Biblii czytać komentarze i różne omówienia. Takie intensywne czy wręcz wielowarstwowe poszukiwanie sensu i głębi tekstu pozwala na jego zrozumienie. To z kolei pozwala uniknąć błędów, wypaczeń, czasem nawet herezji. Reformacja ma zatem ścisłe osadzenie na fundamencie biblijnym zgodnie z renesansową zasadą ad fontes – powrotu do źródeł. Tyle, że powyższe wymądrzanie się nie wyjaśni dziecku, czym jest Reformacja.

    Reformacja dzieje się za każdym razem, kiedy człowiek poszukujący Boga otwiera Biblię, czyta ją, usiłuje zrozumieć i sięga po pomoce, które to ułatwiają. Taką pomocą może być też godzina biblijna czy rozmowa z teologiem. Reformacja dzieje się jednocześnie wtedy, gdy poszukujący odkrywa łaskawego Boga, który nie oczekuje żadnych świadczeń w zamian za swoją miłość. Bo kocha tak zwyczajnie – po prostu – pragnie tylko lub aż odwzajemnienia tego uczucia.

  • Tematyka: rozmowa
    Kamila Walczak

    Kamila Walczak

    doktor nauk humanistycznych o specjalności komunikacja międzyludzka

    Będę oceanolożką!

    Będę oceanolożką!

    Dzieciństwa oczywiście są różne.

    Pięciolatka Amy Mooney z Indianapolis. Szatynka o dużych, pięknych oczach i olśniewającym uśmiechu zahipnotyzowała mnie od pierwszego spotkania. Jej dziewczęcość, niewinność ujęła mnie pod każdym względem. Uwielbia księżniczki i kociaki. W każdym człowieku widzi przyjaciela. Spontanicznie reaguje na wszystkie propozycje na wspólne spędzenie czasu. Nie wie, co to znaczy być markotną, smutną i wybredną. Kocha Jezusa!

    Podoba Ci się Twoje życie?
    Tak, ponieważ jest wspaniałe!

    Co w nim jest takiego fajnego?
    Malowanie farbami, lody, zabawki, bawienie się z kotkami, spędzanie czasu z Basią, oglądanie bajek, robienie zakupów – kupowanie jedzenia. Najbardziej lubię dorastanie.

    Chciałabyś być już tak duża, jak ja?
    Tak!

    Co wtedy będziesz robić, czego nie możesz robić teraz?
    Będę liderką jak kapitan Barnacles i lekarzem jak Shellington Sea Otter! Lubię wszystkich ludzi i chcę im pomagać. Szczególnie, gdy coś ich boli i są chorzy. Będę też jeść bardzo dużo lodów.

    To są właśnie Twoje marzenia?
    Chciałabym być oceanolożką i odkrywać to, co jest pod wodą, jak w bajce „The Octonauts”. Lubię Tweak Bunny – to jest inżynier. On buduje maszyny, działające w nieoczekiwany sposób. Lubię Dashi Dog, który pracuje na komputerach i zarządza statkami. Lubię jeszcze Kwazii Kitten, bo on jest piratem i lubi przygody. Jednak chciałabym być taka jak niedźwiadek polarny kapitan Barnacles, bo on wszystkimi rządzi!

    Wierzysz, że to się kiedyś wydarzy?

    Nie wiem. Bardzo życzyłabym sobie, żeby być oceanolożką i wydawać rozkazy jak kapitan Barnacles. Jednak nie wiem, jak mogę się nią stać? Na razie boję się tak głębokiej wody. Najpierw muszę dorosnąć i odnaleźć kapitana, żeby dowiedzieć się, co mam robić, by być jak on.

    Kto Ci w tym pomoże?
    Myślę, że rodzice. Mogłabym też poprosić Jezusa, by pomógł mi zostać oceanolożką i znaleźć kapitana. Bóg może wszystko. Modlę się o przepyszne rzeczy, lody, dobry sen, bym była posłuszna i grzeczna, żeby ludzie odwiedzali nasz dom, o wycieczkę nad jezioro. I to się spełnia!

    Kim jest dla Ciebie Pan Jezus?
    Jezus jest chłopcem, synem Boga. On stworzył rzeczy, jedzenie, lody, dzieci, ludzi – wszystko. Pan Jezus sprawił, że nie będziemy mieć kłopotów, by pójść do nieba. On jest ze mną cały czas i mnie nigdy nie opuści.

    A jaki teraz jest Twój sens życia?
    Sensem mojego życia jest pomaganie mamusi we wszystkim, np. przy robieniu makijażu, znajdowaniu jej okularów, czesaniu włosów, sprzątaniu domu.

    Co to więc znaczy być mamą?
    To znaczy rodzić dzieci, potem ona opiekuje się nimi. Mama także zajmuje się gośćmi w naszym domu. Ona pozwala bawić się zabawkami. Jej zadaniem jest również ugotować obiad i podzielić słodyczami. Najlepsze są pączki z czekoladą!

    Mama ma wiele na głowie. To trudne być kobietą?
    Nie! Ale kobieta już nie bawi się zabawkami, tylko sprząta, też jeździ samochodem. Nie ogląda bajek, ale za to filmy dla dorosłych. Może też kupować sobie, co chce. Fajnie jest być kobietą!

    Co Cię jeszcze uszczęśliwia?
    Uśmiech na twarzy! Jestem szczęśliwa, kiedy mogę pływać, robić zakupy, bawić się zabawkami.

    Te sprawy są dla Ciebie najważniejsze?
    Nie tylko. Najważniejsi są mama, tata, mój brat i siostra.

    Na pewno ich kochasz. Co to więc jest miłość?
    To małżeństwo, jak mama i tata. Też będę mieć męża.

    Z całą rodziną od kilki lat mieszkasz w Polsce. Lubisz tu mieszkać? W jaki sposób się dogadujesz z dziećmi? One rac nie mówią po angielsku.
    Bawię się z nimi po prostu. Pokazuję, co chcę. Mówię też po polsku, np. „Co to jest?”, „dzień dobry”, „do widzenia”, „dobranoc”. One mnie rozumieją.

    Na koniec pytanie nieco inne. Jesteś młoda i masz szalone marzenia. Chciałabyś też już być dorosła, aby robić wiele innych rzeczy, których teraz nie możesz. Nie wiem, czy wiesz, ale starsi ludzie rozumieją inaczej świat niż dzieci. Twoim zdaniem, co myślą starzy ludzie?
    … ??? Nie mam pojęcia, nigdy nie widziałam ludzi z białą głową!

    Jezus radził, abyśmy stali się jak dzieci (Ewangelia Mateusza 18,3), jeśli chcemy przebywać z Nim w wieczności. O co mogło tu chodzić? Królestwo Niebios, o którym często mówi Pan Jezus, dla wielu osób brzmiało i brzmi jak science fictions. To jest tajemnica, którą właśnie trzeba przyjąć jak dziecko. Z pełną wiarą, niezakłóconą ufnością.

    Dzieci są w tym mistrzami. Co ich wyróżnia? One nie mają przeszłości… Dla dorosłych często bagaż emocjonalny jest przeszkodą, by uwierzyć Bogu. Wydobywają z niego sytuacje, w których czuli się pominięci, niesprawiedliwie potraktowani, opuszczeni. Żyją w kłamliwym przeświadczeniu, że ich życie jest pasmem nieszczęść, nudy. Przyszłość jest wtedy jak kara, która musi się wydarzyć. Tymczasem dzieci żyją zbyt krótko, by spłacać kredyt, myśleć o zaopatrzeniu rodziny, iść do pracy, kłócić się, walczyć na śmierć i życie.

    Czerpię pozytywną energię, gdy patrzę na małą Amy. Dziewczynka ma za sobą pięć lat i nie rozumie, co to znaczy być okrutnie potraktowaną, nie ma pojęcia o wojnach, zagładach, problemach politycznych. Każdy dzień jest okazją do przeżycia czegoś nowego. Prosi Boga o proste rzeczy. Marzy także o czymś większym i na podstawie swoich małych doświadczeń z Bogiem wierzy, że On może wszystko. Nie twierdzi, że stanie się, jakby chciała. Ona tego nie wie. Jednak nie wątpi, kto ma moc… Przyszłość jest dla niej nadzieją, że spotka ją coś dobrego.

    Dzieciństwa oczywiście są różne. Efekty można poznać po wyborach. Dorośli niekiedy boją się wstać z łóżka ze strachu, że przed nimi kolejny, zły dzień. Męczą się z innymi i ze sobą. Ciało traktują jak klatkę. Ludzi jak wrogów. Można wyjść z tego impasu, próbując odnaleźć w sobie dziecko, które nie narzeka, chce biegać i cieszyć się.

    Ogromną rolę do odegrania mają rodzice. To oni kształtują w dziecku perspektywę patrzenia na świat. Rodziców się nie wybiera i nie każdy człowiek znajduje w nich autorytet. Istnieje jednak Rodzic, który wybrał ludzi, stworzył ich i jest w każdej chwili gotowy pokazać prawdziwe życie na ziemi, a potem w Jego Królestwie Niebios (o czym nauczał Jego Syn – Jezus). Nigdy nie jest za późno, by się do Niego zwrócić! Zatem, gdy trudności będą się mnożyć, wtedy warto być jak dziecko i szukać pomocy u Boga – dobrego Ojca, który obiecuje „Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę” (List do Hebrajczyków 13,5).

    zdj AM zrobione prze KamileZdjęcie bohaterki artykułu zrobione przez Autorkę.

    I will be an Octonaut!

    Amy Mooney is 5 years old and she was born in Washington State-an American girl with light brown hair and big, beautiful eyes. She has a dazzling smile, which hypnotized me from the first time I saw her. Her girlishness and innocence engages me in every way. She loves princesses and kittens. In every individual, she sees a friend. She eagerly responds to all proposals to spend time together. She does not know what it means to be moody, sad and fussy (her parents say it’s quite rare). She loves Jesus!

    Do you like your life?
    Yes, it is awesome!

    What it is so awesome about it?
    Drawing with paints, ice cream, playing with kittens, spending time with my friend Basia, watching movies, shopping – buying food, toys. I like growing up.

    Would you like to be an adult like me?
    Yes!

    What will you do when you’re an adult, that you can not do now?
    I’ll be the leader of the Octonauts [a kid’s cartoon from the UK] like Captain Barnacles and doctor like Shellington Sea Otter! I like all the people and I want to help them. Especially when something hurts them and they are ill. I will also eat a lot of ice cream.

    These are your ambitions?
    I would like to be an Octonaut and explore underwater terrain, like in the cartoon  „The Octonauts”. I like Tweak Bunny – is an engineer. He builds machines that operate in an unexpected way. I like Dashi Dog, who works on computers and manages his ships. I like to also have Kwazii Kitten, because he is a pirate and likes adventure. However, I would like to be like the polar bear Captain Barnacles, because he sets the rules!

    Do you believe that your dreams will come true?
    I do not know. I wish myself to be an Octonaut and give orders like Captain Barnacles. However, I do not know how can I do it? Right now, I’m scared of deep water. First, I have to grow up and find the captain to figure out what I have to do to be like him.

    Who will help you with this?
    I think my parents will help me. I could also ask Jesus to help me become an Octonaut and find the captain. God can do anything. I pray for: food, yummy stuff, good sleep, to be obedient and polite, for people to visit our home, for a trip to the lake. And this comes true!

    Who is Jesus to you?
    He is a boy, the Son of God. He created things, food, ice cream, children, people – everything. Jesus made it so that we will not have trouble to go to heaven. He is with me all the time and never leaves me.

    And what is the purpose of your life right now?
    The purpose of my life is helping mom in everything, like by doing makeup, finding her glasses, brushing her hair, cleaning the house.

    What does it mean to be a mom?
    It’s hard work. Mother has to have children, then she has to take care of them. She makes it so that guests feel welcome in our house. She allows me to play with toys, while she cooks lunch and gives me snacks. The best are donuts with chocolate!

    Mom has a lot on her mind. It’s hard to be a woman?
    No! But, women don’t play with toys any longer. They clean up the house instead. Women do not watch cartoons, but only grown-up movies. She can buy whatever she wants for herself. It’s fun to be a woman!

    What else makes you happy?
    Smiles! I am also happy when I can swim, shop, and play with toys.

    These things are the most important for you?
    Not only. The most important are mom, dad, and my brother and sister.

    Surely you love them. What is love?
    Being married like Mom and Dad. I will have a husband as well.

    You moved to Poland with your family three years ago. Do you like living in my country? How do you communicate with other children since they do not speak english?
    I just play with them. I show what I want to say. I can speak in Polish also, for example: “Co to jest? Dzień dobry, dobranoc”. They understand me.

    In conclusion, I have a little bit different the question. You are very young and you have big dreams. You would like to be an adult to do many other things that now you can not. Older people understand the world differently than children. In your opinion, how do old people think about the world?
    … ??? I do not know, I’ve never seen people with white hair! [Her parents aren’t sure what she means by this!]

    Fantastic! Son your eyes, everyone you have met is not that old … Thank you for an exciting conversation!
    Jesus counseled us to become like little children (Matt. 18.3), if we want to be with Him in eternity. What does that mean? The Kingdom of Heaven, as described many times by the Lord Jesus, for many people of that time and ours as well sounds like science fiction. It is a mystery we just have to accept as a child – with full faith and unwavering confidence.

    Children are our examples in this area. Why is that? They do not have a past and are still learning about the world … For adults it often is an obstacle to believe in God because of bitterness created by hurts and emotional baggage. They still remember the times when they felt ignored, unfairly treated, or abandoned. Many lie to themselves that their life is full of misery and boredom. The future is then like a punishment that is bound to happen. Meanwhile, children haven’t lived long enough to worry about repaying the loan, providing for the family, going to work, quarreling, and fighting until the death ends it all.

    When I look at the little Amy, I’m affected by her positive energy. The girl is five years old and does not understand what it means to be cruelly treated. She has no idea about wars, disasters, and political problems. Every day is an opportunity to experience something new. She asks God for the simple things. She also dreams about bigger things. Amy already has experienced God and believes that He can do anything. She doesn’t claim that what she wants will happen, because she wants it to. She does not know this for sure. However, she has no doubt about Who has the power to make it so… The best is yet to come. She’s anticipating the good that God has planned for her.

    Childhood, of course, is a different time. The resultings adult will be moulded by their personal decisions as they move from innocence into the knowledge of good and evil. Some adults are afraid to get out of bed because they feel that it will be just another bad day. They are tired of dealing with others. They treat their body as a cage with bars between them and other people, whom they look at as like enemies. You can escape this impasse, by rediscovering the child inside who does not complain, but who wants to run around and enjoy.

    Parents have a huge role in shaping their children’s’ futures. They help shape the child’s perspective of the world. We can not choose our parents. However, there is a Parent who choses his children. But more than that, He created them and he is always ready to show them how to live  a worthwhile and fulfilled life on earth, and in the future, to show them his Kingdom of Heaven. It is never too late to turn to and focus on Him! Therefore, when difficulties pile up, be as a child and seek the help of God – the good Father, who promises to „Never will I abandon you nor forsake you” (Heb. 13.5).

  • Tematyka: psychologicznie
    Anna Dworaczyńska

    Anna Dworaczyńska

    specjalistka od zmian nawyków żywieniowych, dietetyczka

    Zrób coś dobrego dla siebie

    Zrób coś dobrego dla siebie

    czyli o jedzeniu jako wypełnianiu emocjonalnej pustki

    „Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie”. List do Filipian 4,13

    Jesteśmy istotami emocjonalnymi. Wiele z naszych decyzji podejmowanych jest pod wpływem emocji, również te związane z jedzeniem. Dla wielu z nas jedzenie przestało pełnić pierwotną funkcję, a stało się głównie pocieszeniem dla naszej duszy.

    Z obserwacji, jak i również z własnego doświadczenia wiem, że jemy ponad miarę, kiedy jest nam smutno, kiedy czujemy się niekochani, tęsknimy za czymś, jesteśmy zdenerwowani lub martwimy się o rzeczy, na które nie mamy wpływu. Dla wielu z nas jedzenie stało się substytutem tego, czego pragniemy naprawdę. Nierzadko sięgamy po jedzenie, mając nadzieję, że rozwiąże to nasze problemy i może rzeczywiście, czujemy ulgę, lecz niestety tylko na chwilę. Już po krótkim czasie przychodzą: pustka, wyrzuty sumienia i bezsilność.

    Co możemy zrobić dla siebie, kiedy czujemy, że tracimy kontrolę i sięgamy po jedzenie, licząc na ulgę? Zapytajmy siebie szczerze, czy ten dodatkowy kawałek ciasta naprawdę rozwiąże problem. Czy naprawdę poczuję się lepiej po jego zjedzeniu? Co innego mógłbym, mogłabym dla siebie zrobić? Prawdą jest, że po objedzeniu wracamy do pierwotnego stanu i musimy zjeść jeszcze więcej, aby poczuć się lepiej.

    Kiedy czujesz, że twoje myśli kierują się w stronę jedzenia, zrób coś dobrego dla siebie. Zajmij się czymś, co cię uszczęśliwia, coś, co odwróci twoją uwagę od jedzenia. Dla każdego rozwiązaniem będzie coś innego. Może być to czas poświęcony na hobby, czytanie Biblii, wyjście na spacer, sprzątanie, pisanie, czy po prostu rozmowa z bliskim człowiekiem.
    Zrozumienie, dlaczego oddajemy się jedzeniu emocjonalnemu, pomoże nam w ukształtowaniu prawidłowego nawyku niejedzenia ponad miarę lub kiedy nie czujemy głodu. Poświęćmy czas na refleksję, dlaczego traktujemy jedzenie jako sposób rozwiązywania swoich problemów. Kiedy wykształciliśmy w sobie ten nawyk? Co wpłynęło na tę sytuację? Dlaczego to robimy?

    Mamy wybór w podjęciu dla siebie najlepszej decyzji, która jednocześnie często jest najtrudniejsza. Osiągniecie tego, co dla nas dobre i wartościowe, nierzadko wymaga poświęcenia. Jako dzieci Boże mamy też ten przywilej, że możemy nasze troski powierzyć Bogu. Kiedy twoja ręka sięga po coś słodkiego, zatrzymaj się i zapytaj, czy to jest to, czego w tej chwili naprawdę potrzebujesz. Więcej, poproś Boga o pomoc, aby pomógł ci przezwyciężyć tę pokusę. Dla chrześcijanina relacja z Chrystusem i Boże Słowo mogą być pokrzepieniem, dać nadzieję, lecz przede wszystkim wiarę, że On może przeprowadzić przez trudności, dać siłę.

    Kiedy czuję, że potrzebuję pomocy i wsparcia, proszę o nie przede wszystkim mojego Ojca. On przyjmuje mnie, kiedy przychodzę do Niego ze swoimi problemami i słabościami. W swoim Słowie daje nam wszystkim obietnicę: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Ewangelia Mateusza 11,28).

  • Tematyka: poetycko

    Bądź grzeczny

    Bądź grzeczny
    fot. Marcin Kolanko

    Rozmowa z synem – retrospekcja.

    Cząstka Boga, która jest w nas, oczekuje.
    Moje ciało nie zbawi Go ode mnie,
    dusza nie doda świętości.
    Krew moja nikogo nie odkupi.
    Mego boku włócznią nie przebiją.
    Cierpieniem kogóż umocnię?
    On czeka tak samo jak ja czekam.
    Każde dobro jest tutaj cudem.
    Potrzebuję je czynić dla ciebie zamiast słów.
    Przenikające oczekiwanie jest słyszalne.
    I dlatego tak mocno nas łączy.
    „Cząstka Boga”, wiersz autorski z tomiku wierszy „Prace domowe”

    Z moim synem spieramy się. Bo wypełnia wyrocznię. I przynosi do domu niepokój. Mieczem prawdy rąbie moje skostniałe wyobrażenie i pojmowanie tego ułomnego świata.

    Wspieramy się, gdy los chce nas skrzywdzić. Bo to jest mój syn jedyny, w którym mam upodobanie. Już nawet o naszej Rodzinie zaczęli szeptać – spójrzcie, jak oni się miłują. A mój syn nosi swój miecz prawdy nieustannie.

    Ten adwent, zanim przyszedł na świat mój rozmówca, przeciągał się w długie lata. A gdy miałem się już cieszyć, gdy mieliśmy być już pełnią rodziny, zamknęli oddział położniczy w mieście. I wywieźli wszystkie ciężarne kobiety daleko. Jakby tu, wśród swoich, nie było miejsca dla mego syna.

    Mamy już za sobą niejedno Boga w nas narodzenie. Rozmowy piękne i trudne. Przyprawione szorstką realnością i entuzjazmem sukcesu. Nadal spieramy się. Ale i wspieramy. Tak jak wówczas, gdy mój syn do łez rozbawił mnie uroczym wpisem do dzienniczka ucznia.

    – Powinieneś być grzeczny nie tylko w szkole.
    – Ja ten kosz ze śmieciami wysypałem koledze na głowę, bo rozrabiał.
    – Ale to on został ofiarą, pokrzywdzonym. Tobie natomiast pani wpisała ową zabawną dla mnie uwagę do dzienniczka.
    – Tak, wpisała. Bo mnie lubi. Bo uprzejmie podałem jej ten dzienniczek. Nie umiałem inaczej ich poskromić…
    – Tak cię lubi, że użala się nad tobą w dzienniczku. Czy to ty jesteś od, no, jakżeś to rzekł, poskramiania? To nie dzikie zwierzęta! To twoje naturalne środowisko, to twoi koledzy.
    – Oczywiście, to są moi koledzy. Potrzebują mnie.
    – Abyś robił im takie przedstawienia??!
    – Abym ich opamiętał. To nie był korytarz. To nie była przerwa. To była bardzo nienormalna lekcja. Nie było pani. Było tylko dziko i głośno. Było tylko strasznie nienormalnie.
    – Jest od tego regulamin szkolny. Jego przestrzeganie chroni was w szkole od wszelkiego złego. Ja w pracy też muszę przestrzegać przepisów, nie tylko pracowniczych, ale i związanych z bezpieczeństwem. Tak samo na drodze w czasie ruchu obowiązują ustalone zasady. W życiu towarzyskim też muszę poddać się rygorom, okazać kulturę.
    – Tata, przestań! Tego nie da się słuchać! Kto czyta regulaminy?! To nie komiks. Kto rozumie słowa surowej dyscypliny?
    – A co? Zrobiłbyś taki komiks regulaminowy? Mówiąc do ciebie „bądź grzeczny” chcę ci tylko pomóc. Nie wystarczy być zewnętrznie pięknym, nie wystarczy….
    – Czemu mnie pacyfikujesz? No, czemu?!
    – Proszę cię, zmień ton.
    – To o co chodzi? No, o co chodzi?
    – Ja ci podpiszę te żale twej pani. Bo desperacko użyłeś zasady – cel uświęca środki. Tym bardziej, że zrobiłeś to skutecznie. Ale…
    – Wiem, wiem, mam być pięknym.
    – Masz być grzecznym. Kolejny raz, ze wstydem, ci to powtarzam.
    – I mam szanować w szkole nauczycieli.
    – Kolegów też. Bo ja nie chcę mieć problemów z ich rodzicami.
    – Z jakimi rodzicami? Jakimi?
    – Ci twoi koledzy też mają mamę i tatę. I oni też sobie rozmawiają o szkole. Wolałbym, abyś pięknie wypadł w ich opowiadaniach. Czyli jako dobry, pożyteczny kolega.
    – Powiedziałeś mi, że cel uświęca środki.
    – Siebie masz uświęcać, a nie środki. Więc na drugi raz lepiej celuj.
    – A niby z czego to wynika?
    – Moment. Przybierasz postawę, jakbym to ja narozrabiał. Bądź sobą. To ja mam podpisać tobie dzienniczek. Zostańmy w swoich rolach, dobrze?
    – Nie powiesz mi, że jestem twoim podobieństwem?
    – Tak, rozmawiając, przeglądamy się w sobie jak w lustrze.
    – Jesteś mi winien nie tylko ten podpis w dzienniczku. Nikt mnie nie kocha. Powiem to wszystko babci…
    – Co?! Jestem ci winien uformowanie. Co byś mi się nie rozklejał. I tyle. Dlatego powtarzam ci, jak rodzic. Bądź  g r z e c z n y.  Dla własnego interesu. To świetna, wysokoprocentowa lokata.
    – Nie jestem niczyją własnością.
    – Bank z twoją lokatą jest twój. Ale potrzebujesz płynności dowartościowań. Bo jesteś dzieckiem. Tak zresztą, jak i ja.
    – Ha-ha-ha ! Ty jesteś dzieckiem…
    – No, mam swój kapitał… doświadczeń. Tak, jestem dzieckiem. Myślę, że kiedyś zrozumiesz znaczenie tego słowa. Jego sens, istotę. Ale nie ciosaj mi już kołków na głowie. Kosza ze śmieciami swoich dąsów nie wysypuj na mnie.
    – No bo mnie wkurza! Wkurza! Wkurza! Nikt mnie nie rozumie!
    – Dlatego rozmawiamy! Słyszysz? R o z m a w i a m y. Bo jesteśmy kąskiem niepowtarzalnym, miłością. Aby to dostrzec i jednocześnie doznać czegoś więcej, trzeba tę swoją lunetkę, patrzenie grzecznie podstroić. Rozumiesz?
    – Wkurzacie mnie wszyscy. Jesteście niekompetentnymi moralistami i technofobami.
    – Wiesz co? Śmiałem się przed chwilą. Ale jest mi coraz bardziej gorzko, smutno. Nie zakrawa to czasem na bunt aniołów?
    – Jakich aniołów?! Tu nie niebo. I kto ty jesteś?
    – Na szkółce nie mówili ci, abyś był grzeczny? Nie sugerowali ci pozytywnych postaw? Nie opowiadali dobrych przykładów?
    – Nikt nie musiał nam mówić, byśmy byli grzeczni. Oni byli dla nas uprzejmi i… grzeczni.
    – Właśnie! Pokazywali wam jak być grzecznym, więc?
    – Co więc? Nie rozumiem, co więc?
    – Mój tato uważał, że dzieci się fizycznie nie karci. Należy je wychowywać w miłości.
    – Tak, właśnie! Dzieci się nie bije! Nie krzyczy na nie!
    – A wiesz dlaczego?
    – Co? Chcesz mnie znów pacyfikować?
    – Nie jestem z Pacyfiku. Nie będę cię anektował…
    – Co? Nie rozumiem. Chcesz mi tylko narzucić swoje zdanie.
    – Sprawdź swój zabliźniony ślad po wyrwanych skrzydłach, jeśli potrafisz.
    – Co to za sztuczki? Nigdy nie miałem skrzydeł. Jestem człowiekiem. Jestem ssakiem. Ulegam ewolucji…
    – Skończ z darwinizmem, dobrze? Dobrych ludzi porównuje się do aniołów, uskrzydlonych.
    – Aniołek to ten, co umarł. Widziałem na cmentarzu.
    – Tak, dobro umiera.
    – Nie lubię cmentarzy.
    – Nie bądź przesądny…
    – Nie boję się cmentarzy. Nie jestem przesądny.
    – Ale popełniasz błędy, jak każdy z nas.
    – Jakie błędy?! Jakie?!
    – Faktycznie. Tylko dorośli są skłonni do grzechu. Bo udzielają głosu dzieciom. I bardzo się cieszą, kiedy ich dzieci ułożą pierwsze zdanie. A potem następne. I następne, następne. Coraz trudniejsze do zaakceptowania.
    – Tata, co to jest ironia? Jakoś dziwnie gadasz.
    – Pragnę, bardziej niż ty sam, abyś długo żył. I dobrze ci się powodziło. Tu, teraz, zawsze.
    – Czy mam uprawiać jakieś bałwochwalstwo? Kogo mam w końcu czcić? Sam powiedz.
    – Kogo ty chcesz sprowokować? Kogo chcesz zbawić?
    – Kogo?! Kogo?! Ciebie tata, od siebie… Nie prowokuję. To ty prowokujesz. Zawsze chciałem być dorosłym. Aby za was poprawiać ten świat. To jak? Podpiszesz mi ten dzienniczek?

    Jeszcze raz przejrzałem Dekalog synajski. Jeszcze raz powróciłem do wykładni wychowawczej Koheleta.
    Po latach nadal spieramy się o szczegóły. Bo nasza wiedza jest tylko fragmentaryczna.
    Tak samo jak kiedyś niepokoi ironia sądów i szorstkość słów. Ale coraz bardziej uzmysławiamy sobie, że jesteśmy częścią Miłości. Dlatego wspieramy się, kiedy los chce nas skrzywdzić.

  • Tematyka: psychologicznie
    Lucyna Bujok

    Lucyna Bujok

    psycholog

    Jadą, jadą dzieci drogą, siostrzyczka i brat…

    Jadą, jadą dzieci drogą, siostrzyczka i brat…
    fot. Sebastian Wendowski

    Od jakiegoś czasu rozmowy z moją dwuipółletnią córeczką mieszczą się w dwóch obszarach: oczekiwania na braciszka i strachów, jakie od jakiegoś czasu zaczęły ją dręczyć.

    W kwestii powiększania się naszej rodziny przeszliśmy już przez kilka etapów – od gwałtownej negacji, prób kopnięcia brzucha, przez „ja też mam w brzuchu dzidziusia”, co przyniosło ze sobą strach przed zrobieniem kupki („bo dzidziuś wypadnie!”), odmawianiem mamie jedzenia („bo zasypie dzidziusia!”) i wizyt u lekarza („bo on zrobi dzidziusiowi krzywdę!”), aż do w miarę stabilnego, spokojnego czasu tulenia się do coraz większego brzucha, co jakiś czas rodzenia swojego dzidziusia (i nazywania go, np. słonik, w zależności od tego, jaki pluszak znajdował się pod ręką), czułej opieki nad swoimi lalkami i pytań: „jak tam dzidziuś, co teraz robi?”.

    Ja i mąż opowiadamy, jak to będzie, kiedy pojawi się dzidziuś, posiłkujemy się książeczkami dla dzieci, wspólnie wymyślamy imię dla brata, planujemy przemeblowanie mieszkania. Jednak nie nadużywamy tego tematu, żeby zbytnio nie obciążyć tej małej, choć mądrej główki. Wiemy, że może przyjść czas powrotu do zachowań niemowlęcych, przejawów zazdrości, różnych prób zwrócenia na siebie uwagi, że istnieje ryzyko obciążenia małych rączek i serca jeszcze zbyt dużą odpowiedzialnością „bycia starszą”. Czekamy na to nowe przede wszystkim z ciekawością. Wiemy, że Bóg zaopatrzy nas na każdą chwilę, która nadejdzie.

    Wielkie strachy małej głowy

    Pamiętam, kiedy nasza Mała, mając niecałe dwa latka, z dnia na dzień panicznie zaczęła bać się wody, wieczornych kąpieli, które dotąd bardzo lubiła. Nagle, po prostu, z przyczyn niewyjaśnionych. Wieczory okupione ciężkim płaczem już dawno są za nami, teraz jednak radzimy sobie z ciemnością, która również z dnia na dzień nagle zaczęła być dla niej źródłem lęku. I do tego dołączył jeszcze „złodziej” – niegroźny kotek napotkany w kolorowej książeczce, który niewinnie podebrał komuś obraz, teraz urósł do wymiarów wszędzie czającej się idei „złodzieja”, przez którego musimy zamykać drzwi do pokojów i co jakiś czas robić obchód mieszkania z wszystkimi światłami włączonymi, skrupulatnie sprawdzając, czy gdzieś przypadkiem ów złodziej się nie chowa.

    Dla rodzica to trochę szokujące, ponieważ często nie może znaleźć racjonalnej przyczyny nagle pojawiającego się lęku i racjonalnie, po swojemu, próbuje dziecku pomóc się go pozbyć, a to niestety rzadko kiedy działa. Kwestia ta wydaje się w miarę jasna – każde dziecko po prostu musi w swoim rozwoju przejść fazę lęków, które mijają, ponieważ ono z nich wyrasta. Z czasem zmienia się jego postrzeganie świata, mniej przeraża go rzeczywistość, gdyż lepiej ją rozumie, nawet bez rodzicielskiej  pomocy.

    Dobrze jest wiedzieć, kiedy jakiego obiektu lęku możemy się spodziewać, jednak trzeba też pamiętać, że różnice indywidualne mają wpływ nie tylko na przeżywane strachy, ale też na długość i intensywność (nie)radzenia sobie z nimi.

    Dwulatki najczęściej dręczą rozmaite lęki, głównie natury słuchowej (głośne dźwięki, grzmoty, odgłos ciężarówki, odkurzacza), ale również wizualnej (ciemne kolory, duże przedmioty) i przestrzennej (np. przeprowadzka do nowego miejsca, lęk przed wpadnięciem do studzienki ściekowej). Małe dzieci mogą bać się deszczu i wiatru, zwierząt (przede wszystkim dzikich), ale też wyjazdu matki, jej nieobecności przy zasypianiu.

    Dwuipółlatki mają wiele lęków, szczególnie przestrzennych. Boją się nieoczekiwanych relacji przestrzennych, np. ktoś wychodzi z domu innymi drzwiami, ruchu, zbliżających się dużych przedmiotów.

    W wieku trzech lat mogą dominować lęki wizualne, np. starzy, pomarszczeni ludzie, maski, a także strach przed ciemnością i włamywaczami (potwierdzam!), zwierzętami, policjantami, a także przed wieczornym wyjściem rodziców.

    U czterolatków mogą powrócić lęki słuchowe (np. odgłosy silników), nadal męczy je ciemność, dzikie zwierzęta, boją się wyjścia mamy z domu.

    Pięciolatki trochę odpoczywają od różnych strachów, te, które są, to najczęściej lęki wizualne. Boją się natomiast konkretnych, przyziemnych spraw: potłuczenia przy upadku, pogryzienia przez psa. Często nie radzą sobie jeszcze z ciemnością i boją się, że mama nie wróci do domu.

    W wieku sześciu i siedmiu lat dzieci znowu mogą mieć dużo lęków. Wracają te dźwiękowe (dzwonek do drzwi, telefon, odgłosy wydawane przez ptaki i owady), pojawiają się obawy przed światem nadprzyrodzonym – duchami i wiedźmami, obawy przed żywiołami. Dzieci lękają się również, że ktoś chowa się pod ich łóżkiem, boją się wojny, szpiegów i włamywaczy. Potrafią dzielnie znosić duże rany, jednak boją się drzazg i małych zadrapań. Nie chcą zasypiać i zostawać w domu same, obawiają się, że mamie może się coś stać. Radio, kino, telewizja, książki podsycają i stymulują lęki charakterystyczne dla tego wieku.

    Okres szkolny to lęk przed odrzuceniem przez rówieśników, brakiem ich akceptacji, zawstydzeniem, trudnymi sytuacjami (np. ocenami w szkole). Natomiast okres dorastania to lęki związane z wyglądem, niepowodzeniem, różnymi sytuacjami społecznymi.

    Jak radzić sobie z lękami małego dziecka?

    Przede wszystkim musimy przyjąć i pamiętać, że lęk nie jest czymś złym czy godnym potępienia, a ucieczka przed obiektem lęku jest naturalną reakcją. Nie możemy więc dziecka wyśmiewać, zawstydzać, okazywać mu niezrozumienia i zniecierpliwienia, nawet jeśli to, czego się boi, jest dla nas śmieszne i całkowicie absurdalne. Na bok odkładamy również wszelkie metody szokowe, rzucanie na głęboką wodę, w przenośni i dosłownie. Czasem lepiej nawet nie rozmawiać na temat danych lęków, żeby dziecko ich sobie zbyt dobitnie nie uświadomiło, czasem rozmowa jest niezbędna. Tu nasza znajomość dziecka, uważność, rodzicielska intuicja i mądrość mają swoje zadanie do wykonania. Musimy zrozumieć, że nasze dziecko się boi, pamiętać, że z tego wyrośnie, pozwalać mu na unikanie lękowej sytuacji, zanim samo nie podejmie próby oswojenia się z nią. Jeśli lęki trwają długo, możemy zastosować metodę małych kroków (jeśli dziecko boi się morza – najpierw umożliwmy mu potaplanie się w baseniku, jeśli boi się wielkich psów – najpierw niech oswoi się ze szczeniakiem). Po okresie lęku często przychodzi etap fascynacji danym obiektem, a dopiero potem etap wyważony, gdy dziecko jest w stanie kontrolować swój lęk i panować nad swoimi reakcjami. Jeśli jednak lęk trwa bardzo długo i naprawdę nie znajdujemy już dla niego wytłumaczenia, najlepiej udać się do specjalisty.

    Wystraszone dziecko potrzebuje naszego wsparcia bardziej niż zwykle. Zatem dużo się przytulamy, przepędzamy złodzieja z mieszkania i w razie potrzeby zasypiamy przy świetle. Rozmawiamy o tych strachach, bo akurat Mała tego potrzebuje. Rozmowa to jedno z najlepszych lekarstw na wszystko.

    Przy opisie lęków posiłkowałam się książką „Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat”, Frances L. Ilg, Louise Bates Ames, Sidney M. Baker, GWP 2015.

  • Tematyka: Już rozumiem
    Lidia Czyż

    Lidia Czyż

    nauczycielka

    Jaka matka, taka córka

    Jaka matka, taka córka
    fot. Natalia Iskrzycka

    Wyluzuj trochę. Teraz są inne czasy.

    – Cześć, kochanie.
    – Cześć, mamuś. Wróciłaś już?
    – Udało mi się wyrwać wcześniej. Co robiłaś w czasie… No nie, ty znowu przy komputerze?!
    – Zaraz kończę, tylko… to jest naprawdę ważne.
    Zaraz to taka wielka bakteria! Ile razy ja to słyszę?!
    – Już biorę się do lekcji, tylko proszę cię…
    – Dziecko, nie wiem który raz ci mówię, żebyś nie spędzała tyle czasu przy tym dziadostwie?!
    – Mówię ci, że zaraz idę, tylko jeszcze muszę odpisać…
    – Ty za każdym razem musisz… Ty musisz się uczyć! Koniec roku za miesiąc. Ostania szansa, żeby poprawić oceny.
    – Ale ja mam dobre oceny!
    – Dobre. Właśnie, dobre. Ale mogłabyś mieć lepsze!
    – O matko, ja zwariuję! Dlaczego ty mnie nie rozumiesz? Oceny naprawdę nie są w życiu najważniejsze. Co z tego, że będę mieć same piątki…
    – Dziecko, wykształcenie jest w życiu najważniejsze! Wy ciągle nie doceniacie, jakie macie teraz możliwości! Gdy ja byłam w twoim wieku…
    – Mamo, zlituj się, czasy się zmieniły…
    – Najlepiej powiedzieć czasy się zmieniły! Niektóre rzeczy się nie zmieniają! Ja w twoim wieku siedziałam nad książkami i uczyłam się.
    – Bo nie mieliście komputerów!
    – Na szczęście! Przynajmniej te głupoty nie mąciły nam w głowach i wiedzieliśmy, że najważniejsze jest…
    – Wyluzuj trochę. Teraz są inne czasy.
    – Jakie inne czasy?! Wiesz, gdybym ja się odezwała tak do swojej matki, to miałabym takie kazanie, jak nie wiem co.
    – I nigdy się tak nie odezwałaś?
    – Spróbowałabym! Zaraz babcia zmyłaby mi głowę. Wy się teraz macie za dobrze. Dawniej…
    – Teraz nie jest dawniej. Teraz naprawdę nikt tak nie podchodzi do tego.
    – Właśnie, nikt nie podchodzi! Wy sobie powinniście brać przykład ze starszych.
    – Bierzemy przykład, ale nie musimy się ze wszystkim zgadzać, jeśli dorośli nie mają racji.
    – Dorośli nie mają racji?
    – A twoja mama miała zawsze rację?
    – Moja mama to…
    – A jak ci kazała chodzić w tej długiej spódnicy… już nie pamiętasz? A ty podwijałaś ją 5 razy na gumce w pasie zaraz za bramką? Albo potajemnie malowałaś rzęsy w ubikacji takim tuszem w kamieniu, na który trzeba było popluć? Już nie pamiętasz?
    – No… podwijałam, ale tylko, a nie 5 razy i się uczyłam, a gdyby moja mama to zobaczyła, to zrobiłaby taką awanturę, że popamiętałabym do końca życia!
    – Ja się też uczę, i też robisz awanturę!
    – No nie, to ma być awantura? Ja ci tylko cierpliwie tłumaczę…
    – Uhmmm… cierpliwie tłumaczę…
    – Oj dziecko, dziecko… Gdybyś ty wzięła sobie choć troszkę przykładu ze mnie…
    – Mamuś!
    – Gdybyś wzięła choć trochę przykładu ze mnie, to byłoby naprawdę lepiej…
    – Jesteś pewna?
    – Jestem pewna! Zaraz byś miała lepsze oceny i nie spędzałabyś tyle czasu na gadaniu z dziewczynami o jakichś głupotach.
    – Mamo, daj spokój.
    – Daj spokój, daj spokój… Nie dam ci spokoju, bo…
    – Mamuś,  wiesz…  ty jesteś coraz bardziej podobna… do swojej matki.
    – Coś ty powiedziała? Ja jestem podobna do mojej matki?!
    – Tak. Właśnie, jesteś coraz bardziej podobna do twojej matki.
    – Ale…
    –  I… to chyba dobrze, nie sądzisz?
    – Noooo… ale moja matka to wcale nie była taka święta…
    – Więc nie martw się, bo jestem pewna, że nadejdzie taki dzień… kiedy i ja stanę się podobna do ciebie.