• Tematyka: medycznie
    lek. med. Adrian Kotas

    lek. med. Adrian Kotas

    neurochirurg

    Męski kryzys

    Męski kryzys
    fot. Volker Stetter

    Niewątpliwie czas wieku średniego to wyjątkowy czas w życiu mężczyzny.

    Kryzys wieku średniego jest dlatego,
    że dotarłeś na szczyt drabiny i widzisz,
    że była ona oparta o niewłaściwą ścianę.
    John Scherer

    Życie każdego człowieka można podzielić na różne etapy i okresy. Każdy z tych okresów charakteryzuje się swoistym tempem rozwoju fizycznego i psychicznego. Charakterystykę poszczególnych okresów definiuje psychologia rozwojowa. Zajmuje się ona badaniem wzrostu, rozwoju i zmian w zachowaniach ludzi od poczęcia do śmierci.  Dokładnie opisuje zachowania człowieka w poszczególnych momentach rozwoju, a tym samym szuka przyczyn i procesów powodujących te zmiany.

    Jednym z takich okresów jest średni okres dorosłości, lepiej znany jako wiek średni, który przypada na lata 35-50. Wyjątkowość tego okresu znana jest bardziej ze zjawiska określanego w popkulturze jako kryzys wieku średniego. Problem ten dotyka głównie mężczyzn i zostanie omówiony w tym aspekcie.

    W literaturze medycznej, a bardziej psychologicznej zjawisko kryzysu wieku średniego zaczęło pojawić się w latach 60 tych XX wieku. Psycholog Elliott Jaques jako jeden z pierwszych badał życie artystów, gdyż zauważył, że częściej zapadają na depresję po ukończeniu 35 roku życia i nie ma to związku z wrażliwością emocjonalną artystycznej duszy, a raczej obawą przed nieuchronnym przemijaniem.

    Freud i  Lechman nie za bardzo popierali tę teorię, ponieważ nie dostrzegali problemu kryzysu u szerszej grupy społeczeństwa a zawirowania w życiu artystów tłumaczyli dramatyzowaniem przez artystów swojego życia. Późniejsi badacze bardziej skłaniali się ku wnioskom Jaquesa. W badaniach szerszej grupy dostrzegali życiowe zawirowania u mężczyzn po 35 roku życia.

    Problem kryzysu w wieku średnim dostrzegano nawet w średniowieczu. Zwłaszcza u zakonników określano gnuśnością albo acedią duchową (skwaszeniem duchowym) depresję, która atakowała ich po 40 roku życia.

    43 letni Paul Gauguin porzucił rodzinę, karierę bankową i wyjechał do Polinezji, by tam wieść życie artysty. Gioachino Antonio Rossini, włoski kompozytor porzucił operę, twierdząc, że „Wszyscy pracują dla trzech rzeczy: sławy, złota i przyjemności. Sławę już mam, złota mi nie trzeba, a przyjemności już dawno mnie znudziły”. Po 40. roku życia Ronald Reagan porzucił Partię Demokratyczną i stał się konserwatywnym republikaninem. W połowie czwartej dekady życia brytyjski piosenkarz Cat Stevens został muzułmaninem, z kolei Leonard Cohen – buddystą.

    Z powyższych przykładów wynika że okres wieku średniego jest niewątpliwie trudnym czasem w życiu mężczyzny. Ale też są tacy, którzy twierdzą, że kryzys wieku średniego to wymyślony twór, wytłumaczenie czy wręcz usprawiedliwienie zachowań irracjonalnych, ryzykownych.

    W środkach masowego przekazu ukazuje się bardzo dużo różnorodnych artykułów, felietonów i wywiadów dotyczących kryzysu wieku średniego. Co można z nich wywnioskować?

    Stajesz się megalomanem? Zachowujesz się jak hipochondryk? Prześladuje cię obsesja wyglądu i sprawności seksualnej? Zacząłeś być przesądny? Masz ochotę rozpocząć życie od nowa, rzucić dom i żonę? Chcesz się przespać z córką kolegi, chociaż wcześniej traktowałeś ją jak kogoś z rodziny? Jeżeli na jedno z powyższych pytań odpowiesz twierdząco, to niewątpliwie dopadł cię kryzys wieku średniego.

    Niewątpliwie czas wieku średniego do wyjątkowy czas w życiu mężczyzny. Według psychologii rozwojowej to najdłuższy okres dorosłego mężczyzny. Czas pełen sprzeczności. Od sukcesów do niepowodzeń, zabawy i smutku, produktywności i stagnacji, czas podsumowań i refleksji. Jednak najczęściej to życie „z górki”.

    W każdym okresie życia zachodzą zmiany, które obejmują sferę biologiczną (sprawność fizyczna), społeczną (zmiany związane ze stosunkiem do innych ludzi) oraz poznawczą (zmiany zachodzące w myśleniu, pamięci, rozwiązywaniu problemów, ambicje). W wieku średnim również zmiany tego typu zachodzą, z tą różnicą, że one niestety nie są zmianami korzystnymi. Tutaj uwidaczniają się pierwsze symptomy starzenia.

    W sferze biologicznej zaczynają pojawiać się objawy andropauzy, jak: przerzedzenie owłosienia głowy, zmniejszenie masy mięśniowej nawet o 25%, przyrost masy tłuszczowej, choroby sercowo-krążeniowe, zaburzenia erekcji, spadek pożądania seksualnego czy mniejsze zadowolenie z życia seksualnego. Ponadto występują objawy ogólnego osłabienia, zaburzenia snu, apetytu, uderzenia gorąca.

    W sferze psychicznej obserwuje się kłopoty z pamięcią i koncentracją, drażliwość, nerwowość, irytację, mniejsze zadowolenie z życia, odczuwanie niepokoju i lęku.

    W życiu społecznym również można zauważyć znaczące symptomy. W rodzinie a zwłaszcza w małżeństwie pojawia się rutyna, nuda, zwłaszcza w sferze intymnej. Dorastające dzieci podkreślają problem przepaści pokoleniowej. Zaczyna pojawiać się problem pustego gniazda lub przeciwnie – gniazda przepełnionego wnukami, które jednoznacznie przypomiją o starzeniu.

    Również w pracy pojawiają się problemy. Zadowolenie, stabilizacja, prestiż, a z drugiej strony konieczność zmiany pracy wymuszona nudą, znużeniem, słabymi zarobkami, czy blokowaniem awansu.

    Pojawia się problem wypalenia zawodowego, wyczerpania emocjonalnego i umysłowego spowodowanego długotrwałym stanem napięcia z powodu zagrożenia wyparciem przez nowe pokolenie. To z kolei może prowadzić do pracoholizmu, oceny czy podsumowania kariery. Czasami konieczne jest przewartościowanie celów, ambicji czy aspiracji zawodowych.

    W wieku średnim dużym problemem staje się sfera intymna mężczyzny. Powiedzenie ludowe głosi: „Głowa siwieje – d… szaleje”. Jacques Gauthier, autor książki Kryzys czterdziestolatka, uważa, że współcześni mężczyźni w wieku średnim są ofiarami tyranii młodości. Narzekanie na związek ze stałą partnerką, obwinianie jej za monotonię w związku nie jest rzadkim problemem. U co piątego mężczyzny znudzenie partnerką kończy się zdradą bądź porzuceniem jej dla młodszej kobiety. Decydując się na młodszą partnerkę, dojrzały mężczyzna uważa, że się odmładza, udowadnia sobie, że jest wciąż sprawny i atrakcyjny. To wiąże się z obsesyjnym zainteresowaniem czy fascynacją młodszymi kobietami.

    Objęty kryzysem umysł mężczyzny objawia się poprzez podejmowanie nagłych, niezrozumiałych decyzji. Sprzedaje dom, zmienia miejsce zamieszkania, rzuca pracę. Pojawiają się zainteresowania używkami, jak alkohol, narkotyki czy leki. Dokuczają zaburzenia nastroju, przygnębienie, wyczerpanie, depresja. Przeszłość jest mitologizowana. Zaczyna się obsesyjne dbanie o swój wygląd i zdrowie. Częste wizyty na siłowni, u kosmetyczki, w sklepach z firmowymi, młodzieżowymi ubraniami. Legendarnym syndromem kryzysu stało się czerwone ferrari. Mężczyźni po czterdziestce coraz częściej demonstrują wigor i siłę, uprawiając sporty ekstremalne, kupując szybkie motocykle i sportowe samochody.

    Wiek średni to permanentna walka z powolnym przygotowywaniem się do emerytury oraz ogólnie – do starości. Kryzys to same negatywy: lęk i permanentny stres, poczucie nieskuteczności, niezrealizowane młodzieńcze marzenia, nieudane dokonania czy depresja. Skoro kryzys dotyka wszystkich, lecz z różnym natężeniem, jak zatem mu się oprzeć lub walczyć z nim? Ważna jest zdolność przewartościowania z ponownym przystosowaniem się do otoczenia.

    Realizm życia z wyrzeczeniem marzeń czy przewartościowaniem planów czasem jest jedynym sposobem walki z kryzysem. Czasem pomaga przeczekanie problemu. W innych przypadkach potrzebne jest leczenie psychiatryczne. Najważniejsza jednak jest analiza priorytetów.

    Jeden z wybitnych psychologów dwudziestego wieku Viktor Frankl twierdził, że „odnalezienie sensu ma uzdrawiający wpływ na ludzką psychikę. Dzięki duchowości odkrywamy sens swojego życia i ustalamy rzeczywiste priorytety. Stąd też dopóki sfera duchowa nie stanie się scalającym centrum naszej osobowości, dopóty pozostajemy w dużym rozproszeniu”. Czego zatem szuka czterdziestolatek? Sensu życia. Brzmi banalnie, ale o to chodzi.

    „Kryzys wieku średniego jest w istocie kryzysem tożsamości mężczyzny. Jeśli wie, jaką rolę chce dalej odgrywać, wychodzi z niego cało, jeśli pozwala, by wszystko w jego życiu było płynne, kończy tragicznie albo staje się pośmiewiskiem” – powiedział Rollo May, amerykański psycholog i psychoterapeuta, główny przedstawiciel psychologii egzystencjalnej.

  • Tematyka: na wstępie
    Bożena Giemza

    Bożena Giemza

    redaktor naczelna

    Dziękuję

    To już ostatni numer.

    Dziękuję Wam,
    drodzy czytelnicy, autorzy tekstów, zdjęć i grafik, wolontariusze, współpracownicy, partnerzy.
    Dziękuję wszystkim, którzy nas inspirowali, wspierali, ponaglali z terminami, chwalili i krytykowali.

    Za nami 20 lat tworzenia „Warto” i mam nadzieję, że tak jak założyliśmy na początku, tworzyliśmy czasopismo, które pozwalało spojrzeć na życie z innej perspektywy, odkrywało duchową stronę naszej codzienności oraz inspirowało do relacji z samym sobą, z innymi i z Bogiem.

    Jestem starsza i bogatsza o przeróżne doświadczenia. Jestem też w zupełnie innym miejscu swojego życia, ale jedno pozostaje niezmienne – moja zależność od Boga, bez niej nie potrafię żyć, więcej, bez niej nie ma dla mnie życia. I to jest jedyna zależność, której się poddaję. Tak chciałabym zawsze.

    Idę dalej, czego i Wam życzę.

    Marcin Żerański

    rys. Marcin Żerański

  • Tematyka: ksiądz pisze
    ks. Grzegorz Giemza

    ks. Grzegorz Giemza

    doktor teologii ewangelickiej, superwizor

    6 myśli na kolejny rok

    6 myśli na kolejny rok
    fot. Filip Giemza

    Bóg mówi: I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste (Księgi Ezechiela 36,26).

    Pierwsza moja myśl – tu chodzi o odnowę. Odnowa kojarzy mi się z remontem lub renowacją i zastanawiam się, czy Reformacja była renowacją czy remontem. Innymi słowy, czy w reformie chodziło o duchowy remont generalny Kościoła, czy też o renowację i doprowadzenie do pierwotnego stanu? Zdania co do tego są podzielone, bo różnie patrzymy na zmiany i wszelkiego rodzaju odnowy w naszym społeczeństwie, rodzinie czy Kościele. Te odnowy nie zawsze dla wszystkich są drogą ku lepszemu, w niektórych budzą lęk i przekonanie o tym, że wszystko idzie w złą stronę i dąży do upadku. Żyjemy w czasach nieustannych zmian, co może powodować dyskomfort i rodzić obawy. Jak więc rozpoznać odnowę, reformę, reformację, która jest po Bożej myśli i która jest inspirowana Bożym Słowem?

    Stąd druga myśl – odnowa rozpoczyna się od Bożego działania. To Bóg jest inspiratorem, tym który zapala i rozpala nowe idee. U Ezechiela jest obietnica, że to On da nowe serce i nowego ducha, jednak trudno jest nam oddzielić w naszych słowach to, co jest ludzkie od tego, co jest boskie. W Kościele te dwie natury – ludzka i boska – koegzystują. Dlatego każda odnowa, czy to w przeszłości, obecnie, czy w przyszłości związana jest z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie o Bożą wolę. Praktycznie dzieje się to przez rozmowy, dyskusje, a czasem przez spory. Jak więc rozpoznać to, co boskie od tego co nie-boskie? Konieczne jest podejmowanie decyzji. I tu postawie pytanie: jakie decyzje są tymi, które rozwijają i przynoszą pożytek, a jakie są destruktywne? Więcej, chyba należy zadać pytanie, czy tak łatwo można podzielić decyzje na dobre i złe. Odpowiedź brzmi „nie” i dlatego potrzebujemy wzorca.

    Jaki jest więc wzór miary, do którego można odwołać się, aby rozstrzygnąć ten problem? Z tym związana jest trzecia myśl. Ezechiel mówi o nowym sercu – sercu mięsistym zamiast kamiennego. Interpretuję to jako serce współczujące i wrażliwe w odróżnieniu do nieczułego, zimnego i twardego serca kamiennego. To Bóg daje wrażliwe serce, a człowiek otrzymuje taki dar „z łaski przez zaufanie”. To tylko dzięki przemianie, którą On może sprawić, otrzymujemy nowe życie, w którym miejsce naszego „ja” zostaje zastąpione przez Chrystusa: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Ga 2,20).

    Ta przemiana, której źródłem jest Chrystus, polega na zmianie perspektywy z „Ja” na „Ty”. W centrum przestaje być własna osoba, a jej miejsce zajmuje „bycie bliźnim”. Tak, nie inny człowiek, ale bycie bliźnim dla drugiego, tak jak Samarytanin był bliźnim dla pobitego. Co Bóg robi z nami przez ten dar? Pobudza nas do zaangażowania dla dobra drugiego. Jest to nam bezwzględnie potrzebne. Ale ten dar – serce, które odczuwa – jest także trudnym darem. Bo serce żywe i mięsiste jest narażone na zranienia. To jest czwarta myśl, że ludzie, których serce jest otwarte, często są ranieni, tak jak łatwo można naruszyć żywą tkankę naszego ciała. Aby tego uniknąć, człowiek ochrania swoje ciało, np. nosi buty. Są jednak ludzie, którzy chodzą boso, przez co ich skóra na stopach stała się odpowiednio gruba. Tak samo może wydarzyć się w czasie zażartych dyskusji o konieczność takiej czy innej odnowy. Stajemy się gruboskórni, aby nie być zranionymi, ale wtedy też częściowo tracimy zdolność odczuwania tego, co poza skórą, odczuwania innych. Historia reform, także tych w Kościele, zna takie przypadki, gdy dobre intencje doprowadzały do wojen i nieszczęść.

    Dlatego, po piąte, obok serca mięsistego Bóg obiecuje, że da nam swojego Ducha: Mojego ducha dam do waszego wnętrza i uczynię, że będziecie postępować według moich przykazań, moich praw będziecie przestrzegać i wykonywać je (Ez 36,27).

    Bóg, dając nam czułe i wrażliwe serce, nie zostawia nas samych i bez ochrony. Nie musimy swojej wrażliwości zamykać pod grubą skórą, ale możemy powoływać się na Boży autorytet. Naszą instancją odwoławczą, naszym wzorem miary, jest Słowo. Jestem przekonany, że w każdym działaniu w Kościele i w podejmowaniu różnych decyzji jest obecny Duch Święty – bo Bóg obiecał, że będzie z nami. Pozostaje jednak pytanie, na ile jesteśmy gotowi poddać się Jego działaniu. Używając słowa „jesteśmy”, mam na myśli każdą osobę. Tu powracam do myśli, że w Kościele jest zarówno boski, jak i ludzki pierwiastek. Bóg działa w nas i między nami, dlatego możemy słuchać Jego głosu, który dochodzi do nas jako głos sumienia, ale także słuchać siebie nawzajem, czy czasem ten nasz wewnętrzny głos nie został zniekształcony przez naszą starą naturę, która sama się odradza jak chwast. Czego więc potrzebujemy? Potrzebujemy pokornego wejrzenia w siebie, aby demaskować w sobie to, co jest grzechem.

    I po szóste. Duch Święty konfrontuje nas z tym, czego Bóg od nas wymaga i daje nam zdolność rozumienia i wypełniania Jego przykazań. I nie chodzi tylko o zakazy, ale także o konkretne wyzwania. Przykazania to obietnica, że Bóg przez nowe serce i przez Ducha Świętego uzdolni nas do tego, aby żyć według Jego Słowa.

    W Księdze Ezechiela 36,26 jest zapisana Boża obietnica naszej odnowy, każdego z osobna, ale też nas jako wspólnoty i ludzkości. Czy wierzysz, że ta obietnica spełnia się na naszych oczach?

  • Tematyka: Już rozumiem
    Danuta Mendroch

    Danuta Mendroch

    fizjoterapeutka

    Czas zimy

    Czas zimy
    fot. Filip Giemza

    To nie ten dom, co dawniej.

    Odwiedzam przyszywaną ciocię. W moim dzieciństwie jej dom był mi bliski. Państwo Białoniowie stracili syna w wypadku, miał 18 lat. Po tym tragicznym wydarzeniu żyli sami, lecz chętnie gościli u siebie zaprzyjaźnione dzieci. Wujek umarł parę lat temu, a ciocia jest chora, leży w łóżku.
    – Przyszłam cię odwiedzić, ciociu, posiedzieć z tobą.
    – O, dziękuję. Dobrze, że przyszłaś. Czuję się samotna.

    Rozmawiamy.
    W domu jest ciepło, czysto, ale czuję smutek i niepokój. To nie ten dom, co dawniej.
    Ciocia mówi:
    – Wiesz, ja chciałabym już umrzeć.
    Milczę, jestem spięta.
    – Jestem stara, chora, już nie chcę żyć.
    Milczę nadal, chciałabym zaprzeczać, pocieszać, ale czuję, że nie powinnam.
    – Wiesz, mój mąż tak se fajnie umarł i moja sąsiadka tak se fajnie umarła, ja bym też tak chciała, a ciągle tu jestem.

    Rozmawiamy o samotności, cierpieniu, ale też wspominamy stare, lepsze czasy. Niedługo po moich odwiedzinach ciocia umarła. Czuję, że było to wyczekiwane przez nią fajne odejście. Minęło wiele lat, często wracam do tamtej rozmowy i uśmiecham się na dźwięk słów o fajnym odejściu, czuję w nim harmonię, spokój i ład.

    Rozmawiam z przyjaciółką, siedzimy przy stole. Porusza nas śmierć znanej osoby z życia publicznego i komentarz w prasie – „zmarła przegrała walkę z rakiem”. To smutne, kiedy odchodzi ktoś znany i ceniony. Wprawdzie znany tylko z telewizji, ale czuję się jakoś osobiście z nim związana.
    – Buntuję się przed stwierdzeniem „przegrała walkę” – mówię. – To brzmi, jaby poniosła klęskę, a ja nie tak myślę o tej osobie, jej chorobie, odejściu.
    – Tak to się zawsze określa – mówi przyjaciółka. – Ale pamiętam z dzieciństwa, że moja mama mówiła w takiej sytuacji, że ona zwyciężyła.
    – Naprawdę? – ucieszyłam się. – Myślałam, że to tylko moja mama tak mówiła i był to jej sposób rozumienia świata. Ja to przejęłam w myśleniu, ale nie w słowach. Sama tak już nie mówię, ale nie myślę o śmierci w kategoriach klęski, porażki.
    – Tak, to ciekawe, takie inne spojrzenie. Warto o nim pamiętać.

    Rozmawiam z dziesięcioletnią dziewczynką.
    – Proszę pani, czy to prawda, że po śmierci zjedzą nas robaki? – pyta Kaja.
    Widzę w jej oczach i czuję w głosie strach i obrzydzenie. Zresztą sama czuję to samo, wyobrażając sobie taki stan. Zastanawiam się, jakiego użyć obrazu, który byłby bliskim moim odczuciom, rozmyślaniom o śmierci i przemijaniu.
    – Kaja, a jak obcinasz włosy czy paznokcie, to zastanawiasz się, co się z nimi dalej dzieje?
    – Nie, nie myślę o tym. No, ale jakbym obcięła rękę, to by bolało!
    – No tak, bo ręka jest żywa, a włosy i paznokcie są martwe – tłumaczę.

    Kaja zastanawia się i nie pyta dalej. Ciekawa jestem, jakie to przyniesie pytania.

  • Tematyka: kobiecym okiem
    Anna Dworaczyńska

    Anna Dworaczyńska

    specjalistka od zmian nawyków żywieniowych, dietetyczka

    Dalej biegnę

    Dalej biegnę

    W przeszłości kilka moich pacjentek miało chorą tarczycę i zbliżone objawy, lecz teraz, kiedy sama je czułam, mogłam dopiero całym sercem je zrozumieć.

    Pod koniec czerwca zostałam zdiagnozowana –  stan zapalny oraz niedoczynność tarczycy. Już parę miesięcy wcześniej zauważyłam, że brak mi sił, moje myśli są rozproszone, a hormony szaleją niczym burza. Mając 34 lata, czułam się podobnie do kobiet wchodzących w czas menopauzy. Zmartwiłam się, kiedy zaczęłam tyć, czułam się napuchnięta z powodu zatrzymania wody,  pomimo że pływałam, biegałam i zdrowo się odżywiałam.

    W przeszłości kilka moich pacjentek miało chorą tarczycę i zbliżone objawy, lecz teraz, kiedy sama je czułam, mogłam dopiero całym sercem je zrozumieć. Było mi bardzo cieżko zaakceptować te 10 kg, które przytyłam w pół roku, chociaż wiedziałam, że jest to normalny objaw niedoczynności. Tarczyca jest naszym silnikiem i kiedy przestaje pracować, nasz metabolizm spowalnia.

    Od trzech miesięcy przyjmuję hormon tarczycy, który będę już musiała brać do końca życia. Ponieważ mam rownież stan zapalny tarczycy, musiałam wykluczyć z diety cukier, aby go nie pogłębiać. Nie jem rownież niektórych warzyw, takich jak kalafior czy brukselka oraz soi, które mogą zaszkodzić tarczycy. Z uwagi, iż nie jem mięsa ani ryb, o wiele więcej spożywam teraz orzechów, nerkowców i migdałów, aby utrzymać odpowiedni poziom żelaza.

    Przez ten cały czas Bóg był i jest ze mną. Cały ten czas wylewałam i wylewam przed Nim swe serce i obawy. Jezus przeprowadza mnie przez to, pomaga zaakceptować chorobę, zrozumieć, że bycie z Nim i życie z Nim na co dzień jest o wiele ważniejsze, niż skupianie się na chorej tarczycy. Postanowiłam razem z Nim dalej biegać, ćwiczyć, razem z Nim żyć i z Nim czekać cierpliwie, aż moje ciało wróci ponownie do pełni sił, gdyż “ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają” (Księga Izajasza 40,31).

    “Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie” (1 List Piotra 5,7).

  • Tematyka: medycznie
    lek. med. Adrian Kotas

    lek. med. Adrian Kotas

    neurochirurg

    Dobra starość

    Dobra starość
    fot. Marcin Kolanko

    Starość to obrzydliwy deser podany po doskonałym posiłku.
    Stephen King, „Bezsenność”

    Acz i starość bywa żwawa, wżdy wiek młody ma swe prawa.
    Aleksander Fredro, „Zemsta”

    Życie człowieka jest procesem wieloetapowym i nie powinno budzić wątpliwości, że zaczyna się w momencie poczęcia, choć wzbudza to pewne emocje, do chwili śmierci. Starość jest najczęściej tym etapem, który kończy ziemskie życie i w pewnym sensie jest przedsionkiem śmierci. Organizm ludzki zmienia się w trakcie całego życia poprzez fizjologiczne procesy umożliwiające dorastanie i dojrzewanie. Te same procesy prowadzą do starości. Starzenie organizmu w sensie biologicznym, w sposób powolny zaczyna się już po urodzeniu, choć może się to wydawać niemożliwe i zaskakujące.

    Po ukończeniu 30 roku życia proces ten ulega znacznemu przyspieszeniu i niestety nie ulega wyhamowaniu. Procesy starzenia się dotykają wszystkich organów i narządów. Mięśnie dotąd jędrne i sprężyste zaczynają tracić masę, siłę i wytrzymałość. Ruchy są mniej sprawne i elastyczne, a nawet niezdarne. Serce z upływem lat zaczyna tracić swoją wydolność. Ściany naczyń krwionośnych grubieją i sztywnieją, spowalniając przepływ krwi i tym samym groźnie podnosząc ciśnienie. Mniej efektywnie przebiega proces trawienia, a substancje toksyczne nie są już tak sprawnie neutralizowane i usuwane z organizmu. Stawy tracą elastyczność i sztywnieją, a osłabione i odwapnione kości zaatakowane procesem osteoporozy wypaczają dotąd wyprostowaną dumnie sylwetkę i częściej się łamią. Układ immunologiczny przestaje być w pełni wydajny, co prowadzi do częstszego zapadania na różne choroby i infekcje.

    Na starość nie tylko zmienia się wygląd zewnętrzny, ale to proces ogromnych zmian w psychice i relacjach społecznych. W jaki sposób zmienia się umysł człowieka w starości, pisałem w poprzednich numerach, omawiając starzejący się mózg. Tym razem chciałbym przedstawić starość w ujęciu społecznym. A niewątpliwie społeczeństwo się starzeje i to widać w rodzinach, w szpitalach, na ulicach. Paradoksalnie ogromny wpływ niewątpliwie ma w tej kwestii medycyna, bo to dlatego wiele chorób staje się uleczalnych, a wydolność starzejącego organizmu poprawiana jest stosowaniem różnego rodzaju leków. Nasi rodzice żyją dłużej niż nasi dziadkowe czy pradziadkowie i to jest wynik poprawy sytuacji ekonomicznej i społecznej, ale przede wszystkim dostępu do ochrony zdrowia. Medycyna postrzega osobę starszą jako kogoś, kto wymaga szczególnej opieki i specyficznego postępowania. Wyodrębniono specjalizację dedykowaną osobom starszym. Geriatria jako dziedzina medycyny zajmująca się schorzeniami wieku podeszłego. Wywodzi się z chorób wewnętrznych, ale obecnie obejmuje również inne zagadnienia związane ze schorzeniami wieku podeszłego, ujmując człowieka starszego całościowo, łącząc z interną zagadnienia z medycyny rodzinnej, neurologii, psychiatrii czy psychologii. Dlaczego właśnie tak?

    Pacjent staje się geriatryczny z medycznego punktu widzenia, gdy ukończy 65 lat. Wtedy to najczęściej występuje cały szereg nakładających się na siebie chorób, które przebiegają odmiennie i nietypowo u osób starszych. Lub przeciwnie, występują schorzenia typowe dla okresu starości, które wcześniej pojawiają się rzadko.

    Starzejący się organizm jest bardziej wrażliwy, inaczej reaguje, a objawy chorobowe mogą być całkowicie odmienne niż u ludzi młodszych. Leczenie geriatryczne to także poprawa sprawności ruchowej, mobilizacja do samoobsługi oraz maksymalne hamowanie pogłębiającej się niepełnosprawności. Niejednokrotnie to jednocześnie walka z wieloma chorobami, ale też licznymi powikłaniami wynikającymi z niewłaściwego leczenia czy niedostosowaniem odpowiedniej dawki albo też przeoczeniem interakcji między lekami, które przyjmowane są często w znacznych ilościach, bo przepisywane przez różnych specjalistów. Geriatra jest w stanie sama trzymać nad tym kontrolę.

    Reasumując, głównym założeniem geriatrii jest „dodać więcej lat do życia i więcej życia do lat”.

    Dla osoby starszej wyznacznikiem zdrowia jest przede wszystkim utrzymanie niezależności i bycie w pełni samodzielnym. Zależność od pomocy osób drugich prowadzi do fizycznej i psychicznej niedołężności.

    Kondycja psychiczna osób starszych w dużej mierze zależy od młodego pokolenia. Seniorzy wypychani są poza margines życia społecznego. Często stają się ciężarem czy przeszkodą w realizowaniu życiowych planów swoich dzieci czy wnuków. A to z kolei nasila i eskaluje rodzinne konflikty. Zapominamy, że ludzie starsi mają to, czego nam nieraz tak bardzo brakuje. To życiowa mądrość, której nie ma się w wieku 20, 30, a nawet 40 lat.

    Młodsze pokolenie często tę mądrość ignoruje i nie chce z niej korzystać. A jest to szczególny rodzaj wiedzy, nie do nauczenia, nie do znalezienia w wyszukiwarkach internetowych czy portalach. To suma pewnych doświadczeń, na którą składają się odniesione sukcesy, ale także popełnione błędy. Korzystając z mądrości osób starszych, sami możemy popełnić ich trochę mniej, musimy jednak zrozumieć, z jak ogromnym potencjałem mamy do czynienia. Tymczasem na ludzi w podeszłym wieku patrzymy zazwyczaj z perspektywy nie zawsze przychylnej, denerwujemy się, że ciągle czegoś od nas chcą, a nie cieszymy się, że coś mogą nam cennego i wartościowego przekazać.

    Starość to niewątpliwie trudny okres w życiu, często prowadzi do izolacji, wycofania czy samotności. Coraz więcej obecnie mówi się o singularyzacji, czyli o samotnym mieszkaniu osób starszych. Innym problemem jest feminizacja starości z samotnymi, zagubionymi emerytkami zamkniętymi w swoich czerech ścianach. Fenomen rodzin wielopokoleniowych zanika z powodu wygodnictwa, ale też presji społecznej na młode pokolenie. Patrząc na starsze osoby wokół siebie, zawsze powinniśmy spróbować sobie wyobrazić, jak sami chcielibyśmy być w tym momencie życia potraktowani.

    Tymczasem dobra starość polega nie tylko na akceptacji upływu czasu, ale uświadomieniu, że starość jest czymś normalnym, że nie da się jej uniknąć. Owszem, ma ona swoje ograniczenia, ale każdy wiek je ma. Starość to nie tylko pomarszczona twarz i siwe włosy. Z przeprowadzonych przez naukowców z USA badań wynika, że dobre samopoczucie i zadowolenie z życia wzrasta w starszym wieku i nie jest to zależne od dobrej lub złej kondycji fizycznej. Seniorów cechuje również bardziej pozytywne widzenie świata i lepiej radzą sobie z opanowywaniem emocji.

    Postrzeganie starości jedynie przez pryzmat postępującego niedomagania fizycznego w porównaniu z idealizowaną młodością jest jednostronne, tendencyjne i niesprawiedliwe.

    Tak się złożyło, że jak starość jest ostatnim etapem ludzkiego ziemskiego istnienia, tak ten numer e-Warto kończy kolejny etap czasopisma. Czy to znaczy, że po nim już nic nie nastąpi? Tego nie wiem. Dziękuję Redakcji za możliwość pisania, ale przede wszystkim za wsparcie i motywację przez te prawie 18 lat i dziękuje wszystkim czytelnikom za ciepłe słowa zachęty. Do zobaczenia!

  • Tematyka: kobiecym okiem
    Monika Mendroch

    Monika Mendroch

    tłumaczka, fotograf

    Co się stało?

    Co się stało?
    fot. Monika Mendroch

    Jednak Tata już tak się zrósł z tym kawałkiem dymiącego drewna, że ciężko było wyobrazić go sobie bez niego.

    Zdjęcie to powstało kilka lat temu jako zadanie domowe na zajęcia z fotografii. Mieliśmy przygotować portret charakterystyczny – taki, który niekoniecznie musi przedstawiać postać danej osoby, ale powinien w jakiś sposób ją opisywać. Tak się złożyło, że kilka dni po otrzymaniu tego zadania w naszej rodzinie miała miejsce duża impreza, która stała się okazją do spotkania w szerszym gronie.

    Któregoś dnia siedzieliśmy przy stole – ja z aparatem i Tata z fajką, swoim nieodłącznym atrybutem. I wtedy pomyślałam, że poza fajką i spracowaną dłonią już niczego więcej nie potrzeba, że przecież to właśnie wystarczy – tylko tyle i aż tyle. Cały on. Każdy, kto go zna, od razu byłby w stanie rozpoznać tę postać. Tata nigdy się z fajką nie rozstawał. Towarzyszyła mu, odkąd pamiętam. Czasami miałam nawet wrażenie, że odpala jedną od drugiej, bo rzadko można go było zobaczyć z pustymi dłońmi. W kuchni i jego kancelarii znajdowało się zawsze kilka egzemplarzy fajek, choć wydaje mi się, że większość z nich była już nieużywana, bo widywałam Tatę zwykle z jedną i tą samą. Wszystko w domu przesiąknięte było zapachem tytoniu i nawet miałyśmy do niego o to pretensje, zwłaszcza gdy wchodząc do kuchni, trzeba było przedzierać się przez chmurę dymu. Znajomi, którzy do nas przyjeżdżali, zwykle zachwycali się tym zapachem – słodkawym, przypominającym trochę wytworne perfumy i nie tak drażniącym jak dym papierosowy. Wchodzili do kuchni, robili głębszy wdech i mówili: „Uwielbiam zapach waszego domu”.

    Mama martwiła się czasami, że Tata pali za dużo; zasięgała nawet opinii znajomych lekarzy, próbując dowiedzieć się, czy fajka mu za bardzo nie zaszkodzi. Jednak Tata już tak się zrósł z tym kawałkiem dymiącego drewna, że ciężko było wyobrazić go sobie bez niego.

    Nadszedł jednak dzień, którego nikt się nie spodziewał – dzień, w którym Tata postanowił odstawić fajkę. Na zawsze. Pamiętam, w jakim szoku byłam, gdy Mama zadzwoniła do mnie z informacją, że Tata już nie pali. Jak to? Dlaczego? Co się stało? Przecież on się z fajką nie rozstawał! Wydawało mi się, że to chwilowe, że przecież po tylu latach nie wytrzyma, że organizm będzie się domagał kolejnej dawki tytoniu.

    Z jednej strony czułam niedowierzanie, a z drugiej… smutek. Miałam poczucie, że kończy się jakaś epoka. Skończyło się coś, co miało trwać wiecznie, mimo że czasami odbierałam to jako męczące, nieprzyjemne i chciałam, żeby Tata się tego pozbył. Tak, przyzwyczaiłam się do widoku Taty z fajką, choć do jej zapachu tak do końca chyba nigdy nie przywykłam. Ale mam wrażenie, że tu chodzi o coś więcej – o pełnię i pustkę, która się w tej pełni nagle pojawiła. Zawsze miałam przed oczami spójny, kompletny obraz. I nagle w tym obrazie zabrakło czegoś bardzo ważnego – czegoś, z czym się czasami walczyło, a co okazało się niesamowicie istotnym elementem.

    Pisałam kiedyś, że nie lubię zmian. Chyba że ich potrzebuję – wtedy są w moim życiu mile widziane. Zmiana nawyków Taty była nagła, szokująca i o dziwo – niechciana. Wywołała nawet pewien niepokój, zachwiała równowagą. Ale za nią poszły kolejne, o wiele lepsze. Tata zaczął jeździć na rowerze, o wiele lepiej śpi, ma więcej energii. Fajki nadal puszą się dumnie na stole w kuchni i biurku w kancelarii, ale teraz są już wyłącznie eksponatem, wspomnieniem. Choć dom, nasycany przez lata tytoniowym dymem, swój zapach zatrzymał.

    To zdjęcie jest mi bardzo bliskie, zwłaszcza teraz, gdy straciło na aktualności. Nie wiem, ile zmian jeszcze nadejdzie i jakie nowe początki mnie czekają. Wiem, że będzie ich sporo i trochę się ich boję. Ale na niektóre czekam z nadzieją, że to Nowe okaże się przynajmniej dobre, a może nawet lepsze od Starego.

  • Tematyka: męskie spojrzenie

    Rozmowy o śmierci

    Rozmowy o śmierci
    fot. Przemysław Hewelt

    Na wiejskiej drodze, gdzie z trudem mijają się powoli dwa samochody, wdaję się w klimatycznie zupełnie inną rozmowę.

    Rozmowy o śmierci w zlaicyzowanym społeczeństwie są passe, niemodne. Poszukiwania zaś radości życia mają sens. Bo to ucieczka od coraz bardziej ujawniającej się w młodych ludziach depresji, która jest przyczyną wielu chorób. A nawet samobójstw. O tym się nie mówi, bo to jest tabu. I negatywnie wpływa na każdego z nas, na naszą psychikę.

    Radość daje siłę.

    Vanitas vanitatum?

    Memento mori?

    Jak chcesz, to pokaż mi twoją marność ponadnormatywną. Jak umiesz, udowodnij, czy pamiętasz o przemijaniu.

    Eschatologia? Chłopie, daj spokój! Żyje się tu i teraz. Wszystko jest pro live. Wszystko, rozumiesz!?

    Na wiejskiej drodze, gdzie z trudem mijają się powoli dwa samochody, wdaję się w klimatycznie zupełnie inną rozmowę. Idącego dzielnie od strony cmentarza mężczyznę znam od dawna. Jak to się mówi dzisiaj, od minionego millenium się znamy. Starszy o całe pokolenie.  Ot, taki miejscowy Frasobliwy. Bo prędzej dałby się ukrzyżować, aniżeli by komu krzywdę zrobił. Z nieodłącznym grymasem uśmiechu na twarzy. Taki cichy i pokornego serca, pełen bezinteresownych, dobrych uczynków. Uchylam szybę, aby mnie rozpoznał i usłyszał. Aby zaoszczędzić mu zdziwień czy stresów. Aby zdążył to moje pojawienie się zaakceptować.

    Witam, witam. A gdzież to macie swój słynny rower?

    A któż żeście są? Nie poznaję was. Od kogo jedziecie?

    Przynosiliście nam z parafii wszelakie nowiny na święta. A i gazety. Teraz mój dom jest pusty. Nawet i psa nie ma. Tak, teraz trzeba mi świeczki zapalić na grobach.

    A, to moja wam możliwe że zanosiła te gazety. Ale już nie będzie.

    A cóż tak? Przecież rada na jesień przychodziła. Jabłka z nami zbierała.

    No, nie ma jej. Tak wracam od niej. Już jej rok nie ma.

    Jak to!? Aha. Przepraszam. To teraz was rozumiem.

    Mojej już nie ma trzy roki. Znaczy się, nie żyje.

    Wybaczcie, ale ja stary. Tak tych wszystkich młodych nie znam.

    No, ja też nie jestem już taki młody. Popatrzcie. Mam zresztą bardziej białe włosy niż wy. I gdzie nie przyjdę, sami młodzi.

    Tak. Trzeba młodym miejsca ustąpić. Trzeba się z tym światem żegnać.

    Ależ przestańcie! Życie to nie przepełniony autobus, co by jeden drugiemu miał ustępować placu.

    Tak. Starość nie radość.

    Gadacie jak mój od dawna nieżyjący tata. On też żartował, że się już dość nażył.

    To nie jest żart. Wszystko jest marność.

    Ale radować się też mamy. Dzieci przecież macie. To ma was kto pocieszyć. A wnuki by za dziadkiem płakały. Jak się ma wnuki, to się nie jest sierotą. Przecież wiecie.

    Synek nie ma czasu. On ma warsztat w drugiej dziedzinie. A w domu też robi.

    No mój synek też nie ma dla mnie czasu. Takie to nasze sprawy są. Że każdy jest sam.

    Moja chorowała. Gadali, że sobie sama choroby wymyśla. Musiała zemrzeć, co by jej dali wiarę, że była chora.

    A moja mi powiedziała przed śmiercią, że możemy się śmiać. Bo dlaczegóż by nie!? Że rozpaczać, to jest wielki grzech. Tak mi jest jakoś lżej. Umiem się jeszcze śmiać. Robię to jakby dla niej, dla mojej.

    Tak, miejmy nadzieję, że sobie z naszymi zaś będziemy gadać. Bo tu już żadnego nie znam. Wszyscy sobie już poodchodzili na tamten świat.

    Moja gada do mnie w snach. I poucza mnie, abym patrzył, z czego żyję. I nadal czuje się moją.

    Ja już tu żadnych kamratów nie mam. Pamiętam co było za wojny. A teraz nic nie pamiętam.

    Jakbyście chcieli, to chętnie z wami na rowerową eskapadę się wybiorę. Trzeba nam ruchu i witamin.

    Tak, to jest prawda. Moja chorowała za siebie i za mnie. Mnie już wiele nie potrzeba. Wszystko mam. Ale co z tego, że mam, jak się z tym już dzielić z moją nie dam rady?

    Będzie znów koncert. Przyjdziecie? Nie trzeba biletów.

    Tak, wiem. Przyjdę się popatrzeć. Lubię być na próbach generalnych.

    Trzeba wyjść z domu między ludzi. Na koncert, nie tylko na próbę.

    Z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie samochód z bagażem swoich problemów, historii, sekretów. My, dwaj staruszkowie, jakby nie było, musieliśmy ustąpić miejsca. Tego miejsca, o którym jeszcze przed chwilą w dyskusji walczyłem dla siebie.

    Pustelnia na Kamieńcu

  • Tematyka: rozmowa
    Anna Swanson

    Anna Swanson

    gospodyni domowa

    Nie żyłam w ciemności

    Nie żyłam w ciemności
    fot. Gerald Gabernig

    Często inni widzą w nas to, czego Bóg nam samym nie daje zobaczyć.

    Ile ma Pani lat?
    55

    Pani pierwsze wspomnienie?
    Kiedy miałam trzy latka, zjechałam moim trzykołowym rowerkiem w dół po betonowych schodach; złamałam nos i musiałam zostać w szpitalu na noc. Trzy razy złamałam nos, spadając z trzech różnych schodów. Musiała być ze mnie niezdara (śmiech).

    Teraz odczuwa Pani inny rodzaj bólu?
    W 2003 roku zdiagnozowano u mnie Kompleksowy Zespół Bólu Regionalnego.

    Może Pani powiedzieć coś więcej na ten temat?
    Kompleksowy Zespół Bólu Regionalnego to rzadki zespół chorobowy. Charakteryzuje się bólem i obrzękiem jednej z kończyn. Obcinając paznokcie u stóp, przecięłam piętę i uszkodziłam nerw w stopie. Od tego czasu żyję z ciągłym bólem. Czasami mam wrażenie, jakby ktoś wbijał mi gwoździe w stopę albo nóż; czasami czuję, jakby ta stopa była mokra lub zimna, jakbym trzymała ją w zamrażarce. Ból nigdy nie ustaje… tak właśnie jest z bólem nerwu.

    Inny ból też nie jest Pani obcy.
    Zmagam się z depresją. Kiedy byłam nastolatką, były to tylko epizody. Od czasu kiedy mam dzieci i zostałam samotną matką, epizody przerodziły się w depresję kliniczną.

    Czy miała Pani do czynienia z przemocą?
    W dzieciństwie doznałam przemocy zarówno emocjonalnej, jak i seksualnej. W późniejszych latach również.

    Jak sobie Pani z tym radziła?
    Wpływ przemocy czy molestowania zależy od naszego wieku. Kiedy byłam dzieckiem, inaczej reagowałam, niż kiedy byłam matką. Wtedy zrozumiałam, że jako dziecko byłam zupełnie bezbronna, ta przemoc wcale nie musiała się wydarzyć. Kiedy jedno z moich dzieci zostało wykorzystane, pamiętam, zareagowałam jak niedźwiedzica. Mnie nikt nie ochronił.

    Co z Pani wiarą w Boga?
    Wyrosłam w wierzącym domu. Zawsze chodziliśmy do kościoła i ja zawsze chciałam tam być. Kiedy zaczęłam dorastać, moja relacja z Bogiem stała się dojrzalsza. Zrozumiałam, że On nie jest tylko łaskawym Bogiem, ale że chce być obecny w moim życiu. Bóg nazywa nas po imieniu, chce mieć z nami relację. Patrząc z perspektywy czasu, wydarzyło się wiele rzeczy, które mogłyby podważyć moją wiarę w Boga, ale w dzieciństwie nigdy w Niego nie wątpiłam.

    A teraz? Wątpi Pani?
    Nie. Zanim się tutaj przeprowadziłam, piętnaście lat temu, dokładnie pamiętam jedno nabożeństwo. Przyrzekłam Bogu, że pójdę tam, dokądkolwiek mnie pośle. Myślałam, że to będzie jakieś konkretne miejsce, ale okazało się, że Bóg wybrał miejsce duchowe – Getsemane. To nie był kraj czy miasto, ale duchowa walka.

    Co doprowadziło Panią do depresji?
    Kilka rzeczy. Przeprowadziłam się do nowego miasta i nikogo tutaj nie znałam. Pozostawiłam wiele bliskich przyjaciół i ludzi, którzy mogli mi pomóc. Oni mnie znali, mogłam na nich polegać. Rozumieli mnie i wiedzieli o moich problemach. Szczególnie jedna przyjaciółka była mi bardzo bliska. Z nią zawsze mogłam rozmawiać i się modlić. Byłyśmy bardzo ze sobą związane. To dla mnie ogromna strata.

    Moja praca była bardzo wymagająca i wyczerpująca. Kobieta, która była moim współdyrektorem, stała się również moją bliską przyjaciółką, przynajmniej ja tak to widziałam. Później okazało się, że ona wykorzystała mnie do własnych celów. Pracowałam bardzo ciężko, za ciężko, a jej to było na rękę. Nie obchodziło ją, ile mnie to kosztowało. Przez lata byłyśmy sobie bardzo bliskie i ja cały czas pracowałam za nią. Byłam zupełnie wykończona i zdołowana, to było ponad moje siły.

    Zrozumiałam jak daleko moja „przyjaciółka” jest w stanie się posunąć, nie patrząc na to, jaki to będzie miało na mnie wpływ. Kiedy wreszcie zobaczyłam, jak mnie wykorzystała i że ja na to pozwoliłam, postanowiłam dobrowolnie pójść do szpitala psychiatrycznego. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy.

    Co się wydarzyło po powrocie ze szpitala?
    Wróciłam z powrotem do pracy, ale uszkodziłam stopę i przewlekły ból już nigdy nie ustał. Przez długi czas nikt z lekarzy nie wiedział dlaczego. Chodziłam na fizykoterapię, różne zabiegi, rezonans magnetyczny, zastrzyki cortyzonu, próbowaliśmy wiele leków i nic. Wtedy byłam również pod kontrolą psychiatry i szukaliśmy leków, które by mi pomogły psychicznie. W końcu zdiagnozowano u mnie Kompleksowy Zespół Bólu Regionalnego. Nie miałam pojęcia, co to jest. Stopa bolała mnie cały czas i nic nie pomagało. Moja lekarka próbowała zatrzymać rozwój tej choroby, więc w  jednym tygodniu miałam 15 zastrzyków przeciwbólowych. Mieliśmy nadzieję, że może operacja lub stymulacja kręgów rdzeniowych pomoże, ale po kolejnej operacji okazało się, że jest bez zmian, nic nie pomagało.

    Czy miało to wpływ na sytuację w rodzinie?
    Byłam samotną matką i miałam troje nastolatków. Czułam się niepełnowartościowym rodzicem. Moja rodzina żyła w kryzysie, a ja nic nie mogłam na to poradzić. W pracy byłam bardzo ceniona, ale z powodu ogromnej ilości lekarstw miałam zaniki pamięci. W środku zdania nie mogłam sobie przypomnieć, o co mi chodziło, mój mózg nie pracował dobrze. Nie byłam w stanie funkcjonować na poziomie, do którego byłam przyzwyczajona. Postanowiłam odejść z pracy.

    Zupełnie Pani z niej zrezygnowała?
    Przeszłam na rentę chorobową. To była bardzo trudna decyzja. Moja praca dawała mi wiele satysfakcji, czułam się tam spełniona. Ludzie przeważnie doświadczają czegoś takiego, przechodząc na emeryturę, a ja miałam czterdzieści lat! To było dla mnie bardzo ciężkie i przygnębiające. Wcześniej zmagałam się z depresją, ale to były tylko odosobnione epizody. Utrata pracy była kolejną rzeczą, która mnie przytłoczyła. Miałam depresję kliniczną.

    Jaka jest różnica pomiędzy epizodem a depresją kliniczną?
    Epizody mogą trawać kilka dni, tygodni lub miesięcy i jest powód, dla którego osoba jest w depresji. Kiedy depresja jest kliniczna, to znaczy, że ta osoba będzie żyła z depresją do końca życia. Depresja wpływa na każdy aspekt życia. Jeśli masz depresję i nie masz właściwych leków, wszystko co robisz wymaga wysiłku.

    Próbowałaś różnych lekarstw?
    Tak. One miały na mnie przygnębiający wpływ. Powodowały, że bardzo wcześnie zasypiałam, ale moje córki jeszcze nie spały. Bałam się brać lekarstwa, jeśli jedna z nich nie była w domu, bo nie byłam pewna swojej reakcji. Kiedy się budziłam, byłam hiperaktywna. To było przerażające, szczególnie dla mojej młodszej córki. Ona była przekonana, że byłam bardzo złośliwa i niedobra. Starsze dzieci myślę, że rozumiały, że nie byłam wówczas tą prawdziwą „ja”, że to lekarstwa tak na mnie wpływały. Nie byłam sobą i córki widziały inną stronę matki. Wpłynęło to na nie bardzo negatywnie. To był ciężki okres czasu nie tylko dla mnie, ale i dla nich. Próbowałam różnych lekarstw i miałyśmy nadzieję, że wreszcie coś się zmieni. Ale po kolejnych kilku tygodniach próbnych okazywało się, że nic się nie zmieniało.

    To musiało być tym bardziej przygnębiające!
    Gdyby te rzeczy nie wydarzyły się jedna po drugiej, nie czułabym się aż tak przygnębiona, jednak ja przeżywałam jedną stratę za drugą, jeden potężny stres za drugim. Jak kula śniegu, która nabiera pędu, a ja nie byłam w stanie jej zatrzymać. Choćbym nie wiem ile się modliła, wierzyła, czytała czy ufała, to nie wystarczało. Nic się nie zmieniało. Nienawidziłam budzić się rano.

    Co jest najtrudniejsze w depresji?
    Depresja jest wykańczająca, wyciśnie z ciebie wszystko. Szczególnie kiedy masz dzieci, które na tobie polegają. Starałam się zapewnić moim dzieciom normalność, ale w naszym życiu nie było nic normalne. Próbowałam mieć pozytywne nastawienie. To wszystko pożerało całą moją energię, której i tak nie miałam. Czułam się, jakbym żyła w ciemnym dole, byłam całkowicie wycieńczona. Wszystko wymagało wysiłku. Bycie w domu, u lekarza, nawet wstanie z łóżka wiązało się z wysiłkiem.

    Doświadczyłaś innych problemów?
    Mój syn i starsza córka, oboje w krótkim okresie czasu poszli na studia. Szczególnie kiedy moja córka zaczęła studiować, to była dla mnie wielka stratą. Ona była moim promieniem słońca, wielkim zachęceniem, najlepszą przyjaciółką. Wiedziałam, że musi wyfrunąć z gniazda, ale trudno było mi się z tym pogodzić. Miałam wrażenie, że za każdym razem, gdy się podnoszę po jakimś ciężkim przeżyciu, coś nowego wali mi się na głowę. Nie miałam czasu się pozbierać. Jakby ktoś dolewał oliwy do ognia. Nie miałam już zupełnie siły, żadnych zapasów, nie miałam niczego do zaoferowania.

    A młodsza córka?
    Ona poszła do gimnazjum i nagle byłam sama w domu. Ja i cztery ściany. Jedyne, co mogłam robić, to czekać, by wróciła do domu. Mniej więcej wtedy okazało się, że ma zaburzenia afektywne dwubiegunowe, a mój syn pograniczne zaburzenie osobowości. Byłam w całkowitym szoku. Moje dzieci miały ogromne problemy, a ja sama nie mogłam poradzić sobie z własnymi.

    Czy wątpiła Pani w Boga?
    Chyba nigdy nie wątpiłam, że jest wierny czy że nas zupełnie zostawi. Raczej czułam się tak, jak Chrystus mógł się czuć w Getsemane. Był osamotniony, a jego przyjaciele spali. Tak się właśnie czułam. Nie miałam żadnych przyjaciół, Bóg wydawał się być gdzie daleko. Czułam się opuszczona.

    Czy to był najcięższy okres?
    Tak. W końcu nie miałam już siły nic zrobić. Nie potrafiłam nawet modlić się o pomoc. Jedyne, o co Boga prosiłam, to by chronił moje dzieci. Bałam się, że jeśli poproszę o cokolwiek innego, a to się nie stanie, stracę resztkę mojej wiary i odejdę od Boga. Głęboko w sercu czułam, że nie chcę tego. Aby więc uciec przed rozczarowaniem, wolałam nie prosić.

    Jak długo to trwało?
    Znalezienie właściwych leków zabrało nam sześć lat. To były bardzo trudne lata. Pamiętam, że lekarka zapytała mnie: „Kiedy po raz ostatni była Pani szczęśliwa?”. A ja nie potrafiłam sobie przypomnieć! Sześć lat życia w depresji to strasznie długo. To jest bardzo samotne miejsce. Jak próżnia. Nie czułam Boga, nie widziałam, żeby działał. Miałam wrażenie, że mnie opuścił. Gdy ktokolwiek starał się zachęcić mnie historią z Biblii, dostawałam białej gorączki. Myślałam: „Jeśli usłyszę jeszcze jeden werset, to się nie powstrzymam!”. Było we mnie wiele gniewu. Miałam wszystkiego dość. Wypróbowałam wszystkie możliwe lekarstwa, zastanawiałam się nawet nad terapią szokową, ale nigdy do niej nie doszło. Boża ręka mnie od tego ochroniła.

    Czy myślała Pani o samobójstwie?
    Nigdy nie chciałam się zabić. Często nie chciałam już tak dłużej żyć – to jest moment, w którym się zupełnie poddajesz, ale ja nie mogłam zostawić moich dzieci.  

    Co spowodowało zmianę?
    Zadzwoniłam do moich starych przyjaciółek i one zaczęły się o mnie modlić. To był przełomowy moment, zaczęłam się wygrzebywać z mojego dołu. Teraz dostrzegam w tym rękę Boga. Nauczyłam się ufać Bogu, szczególnie kiedy wszystko zawodziło. Raz nie byłam w stanie zapłacić czynszu za mieszkanie. Nie miałam przyjaciół ani rodziny. Powiedziałam Bogu: OK, to już jest koniec. Wtedy moja najbliższa przyjaciółka, która mieszka wiele kilometrów stąd, zadzwoniła do mnie. Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Zrozumiała, w jak ciężkim stanie jestem i zapłaciła mój czynsz, mówiąc: to prezent od Boga.

    Czyli zmiany dokonała modlitwa i praktyczna pomoc?
    Tak! Kiedy moja przyjaciółka i jej grupa modlitewna zaczęły się o mnie modlić, moje życie diametralnie się zmieniło. Poznałam nowych ludzi, zaczęłam chodzić do kościoła, potem na studium biblijne i małą grupę. Znalazłam miejsce, do którego czułam, że przynależę. Stale zmagałam się z depresją i nie miałam wiele nadziei na zmianę, ale kiedy znalazłam nową psychiatrę, ta zaproponowała mi lek, którego nie używałam od wielu lat. Po dwóch tygodniach zauważyłam, że jest lepiej. Depresja wreszcie była pod kontrolą.

    Co się zmieniło?
    Mogłam normalnie rozmawiać. Wcześniej płakałam za każdym razem, gdy tylko otwierałam usta. Normalne życie nie było już przerażające. Nie żyłam w ciemności. Jakby słońce nagle zaczęło świecić. Byłam w stanie spojrzeć na świat pozytywnie.

    Czy ciężko żyć z depresją?
    Nie dzielę się tą informacją z wieloma osobami. Wielu ludzi nie rozumie depresji klinicznej. Boją się tych, którzy cierpią na depresję, piętnują ich. Rozmawiam o tym tylko z osobami, którym mogę ufać. Oni mnie nie oceniają. Depresja jest częścią mojego życia. Jak ktoś ma problemy z sercem i ma zawał, ludzie to akceptują, ale jeśli masz depresję lub inną chorobę psychiczną, ludzie traktują cię inaczej. A jest to przecież choroba jak każda inna, tylko że nie możesz jej zobaczyć, jak np. złamanej ręki. Ponieważ to problem psychiczny, ludzie uważają, że za mało wierzysz i dlatego Bóg cię nie uzdrawia. Depresja jest częścią mnie. Wiem, że Bóg może mnie uleczyć, ale z jakiegoś powodu pozwolił mi żyć w tym stanie.

    Myśli Pani, że to był Boży plan?
    Pani psychiatra mi powiedziała, że moje życie przypomina jej życie Hioba. Myślę, że Bóg nie każdemu daje aż tyle cierpień, ale kiedy musisz przejść przez bardzo trudny okres, to stajesz się bardziej pokorna, polegasz na Nim bardziej. Jeden z lekarzy mi powiedział: Widzę w Tobie Jezusa. Często inni widzą w nas to, czego Bóg nam samym nie daje zobaczyć.

    Czego Bóg chciał Panią nauczyć?
    Abym była silna i zupełnie na Nim polegała. Podczas tej choroby cały czas pisałam pamiętnik, nawet w najgorszym stanie. Błagałam Boga, by mnie nie zostawił, nie wypuścił ze swojej ręki. Wiedziałam, że nie mogę polegać na sobie. Teraz widzę, że On był ze mną przez cały czas. Nie opuścił mnie. Był, choć milczał.

    Czy pytała Pani Boga dlaczego?
    Nie chciałam zadawać tego pytania. Czasami nie wiemy, dlaczego coś się stało. Bóg nie pokazuje nam tej części obrazu. Ja chcę, by moja historia pomogła innym. Mam nadzieję, że kiedy ludzie przeczytają o mojej przeszłości, będą mieli nadzieję i się nie poddadzą, będą dalej się modlić i szukać przyjaciół.

    Zaczęłyśmy tę rozmowę pytaniem o pierwsze wspomnienie – był to wypadek, ból. Przeszła Pani przez wiele innych bolesnych przeżyć, a siedzi przede mną bardzo optymistyczna osoba, która chce zachęcać innych!
    Kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, widzę, że moje przeżycia nie są tylko moje. Bóg chciał być wywyższony w moim życiu. Bóg i ja moglibyśmy napisać całą książkę! (śmiech)

  • Tematyka: Już rozumiem
    Lucyna Bujok

    Lucyna Bujok

    psycholog

    Napisane

    Napisane
    fot. Dawid Macura

    Pisanie jest częścią mojej drogi do poznania siebie, a i przy okazji sensu życia.

    Moje pierwsze pisanie do Warto było wyznaniem, krótką opowieścią o życiu z moją przewlekle chorą siostrą. Od 9 lat już jej nie ma z nami. Ta zamglona już przeszłość czasem wydaje się wręcz nierealna, a jednak zdarzają się momenty, że jej szczegóły wracają z ostrością i wyrazistością przeszywającymi serce. Pisałam o przeżyciu śmierci bliskiej Cioci, wspominałam pogrzeb Dziadka, tekstem nie godziłam się na chorobę Babci, która sprawia, że już jej nie ma, mimo że fizycznie jeszcze jest. Doświadczenia  związane z tematem śmierci same gdzieś wskakują mi pod palce zabierające się do pisania. Coraz lepiej rozumiem w tym samą siebie, choć wciąż zadaję o to pytania. Śmierć jako koniec. Śmierć jako początek.

    Tak wiele zmieniło się od pierwszego napisania. To ostatnie daje mi teraz okazję do przyjrzenia się tym zmianom, do wspomnień, do docenienia po raz kolejny, czym to pisanie dla mnie jeszcze jest. Dla kogoś raczej szczelnie w sobie zamkniętego opcja przelewania myśli na „papier” była i nadal jest wielkim wyzwaniem. Wymaga uporządkowania, sprecyzowania, czasem dookreślenia. Świadomość ostateczności nazwania czegoś, ujawnienia, wzięcia odpowiedzialności. A co się napisze i upubliczni, to się już nie odpisze! Co dopiero, jak własne doświadczenia same pchają się do bycia opisanymi. Jestem wdzięczna za te kroki rozwojowe, bardzo.

    Bliska jest mi metafora sezonowości w życiu. To, co obserwuję w przyrodzie, przeniesione na różne sfery życia. Rozwój osobisty, małżeństwo, relacje, życie z Bogiem. Okres bujnej wiosny, rozwkitu i wielobarwnej różnorodności; letnie rodzenie owoców, wylegiwanie się w słońcu i szukanie wytchnienia w chłodzie nocy; jesień zbiorów, zapasów, urzekające kolory lasu zmieszane z tęsknymi zapachami ogródkowych ognisk; zima bielą kojąca wzrok, groźnie smagająca mrozem, sprzyjająca bliskości z sobą samym i innymi, a i tak trudna do zniesienia. Na szczęście zawsze jest nadzieja, że znów przyjdzie wiosna… I tak w koło, a za każdym razem i tak inaczej. Pory pełne piękna i błogosławieństw, ale i zagrożeń, ataków, niepomyślności. Nie jestem zbyt cierpliwa, często chcę mieć rozwiązania już zaraz, od razu wiedzieć, co robić, jak będzie, co nastąpi, a i tak świadomość sezonowości jest mi bliska i pomocna. Przeglądając stare teksty, podświadomie umieszczam je w określonych sezonach mojego życia. Cieszę się z miejsca, w którym teraz jestem. Nawet jak przychodzi czas zimowej hibernacji, a jej bajkowa biel okazuje się być brudnoszarą, niewyraźną pluchą, wierzę, że pod spodem już powoli coś kiełkuje, przeistacza się, nabiera sił, żeby za jakiś czas urodzić się na nowo. Bóg rozpoczął we mnie dobre dzieło i On sam będzie je kontynuował, według Jego dróg i myśli, nie moich.

    Pisanie jest częścią mojej drogi do poznania siebie, a i sensu życia przy okazji. Drogi, na której ostatnio robię wielkie zakrętasy. Jeszcze niedawno traktowałam Boga jako pomoc. Ta formuła jednak wyczerpała się chyba już na dobre. Bóg nie jako pomoc, a źródło. Ale przeczytaj to nie tylko jako słowo, frazes, tylko pomyśl, wyobraź sobie Źródło. Odrzuć ten religijny ton, to wszystko, w czym wyrosłeś/aś, to wszystko, czym zarosłeś/aś, złote myśli popularnych kaznodziei, doświadczenia przyjaciół, baa, odrzuć to, co sam do tej pory myślałeś/aś. I poznaj Boga na nowo, naprawdę, bezpośrednio. Nie staraj się wciskać Go w swoją codzienność, prosić o błogosławieństwo twoich poczynań, szukać narzędzi, zamiast pytać wprost. Bóg naprawdę nas przyjmuje, Jego Duch naprawdę daje nam poznanie, objawia, kim On jest i pokazuje nam, jak mamy żyć. Tak często wbrew temu, co nasz rozum czy emocje nam proponują! (To nieraz tak bardzo niepsychologiczne!) Chciałabym powiedzieć, że to jakiś przełom, drugie zakochanie w Bogu, ale nie umiem porównać tego do miłości, jaką dotąd znam, ponieważ poznaję teraz nową.

    Chyba zwyczajnie nie miałam odwagi zaprosić kogoś „u kresu życia” do rozmowy. Próbowałam wyobrazić sobie siebie w takiej rozmowie, w roli tego kogoś. Kończąc swoją drogę tutaj, chciałabym móc powiedzieć, że choć trochę nauczyłam się kochać. Kochać Boga całym sercem, umysłem i siłą. Kochać człowieka obok, tak jak pokochałam siebie, tak jak kocha go Bóg. Kochać siebie tylko ze względu na Boga i bycie Jego dzieckiem. Stare słowa, a dla mnie żywe jak nigdy. To, co napisane staje się Życiem.

  • Tematyka: rozmowa
    Kamila Walczak

    Kamila Walczak

    doktor nauk humanistycznych o specjalności komunikacja międzyludzka

    Jestem spełniony

     Wizjoner o ciepłym i wesołym usposobieniu. Wulkan pozytywnej energii.

    Z pasją motywuje i zachęca innych do działania. Ostrożny, choć nie boi się ryzykować. Często powtarza, że kapitał tkwi w człowieku. Lubi zatem inwestować w ludzi i widzieć ich rozwój. Ma na swoim koncie wiele zasług i inicjatyw, między innymi: zespół DEOdecyma, Stowarzyszenie DEOrecordings, której misją jest oddziaływanie na ludzi poprzez media (rozgłośnie radiowe CCM i Fest, internetowy portal ewangelizacyjny „Platforma Szukając Boga”, Outback – weekendy poświęcone ratowaniu relacji rodzinnych, rozprzestrzenianie twórczości chrześcijańskiej). Z doktoratem w ręku mógł robić karierę naukową, ale wybrał pracę dla Królestwa Bożego. O tym, skąd czerpie siłę – imponującą dla wielu młodych ludzi – opowiada Henryk Król.

    Ponoć Panu Bogu starość się nie udała. Patrząc na Ciebie, trudno w to uwierzyć…
    Są różne okresy życia, teraz jestem w takim, z którego jestem bardzo zadowolony. Jestem absolutnie spełnionym człowiekiem. Lubię to, co robię. Wiem, że to nie będzie trwać wiecznie, ale nie mam żadnego stresu w związku ze śmiercią. Bóg zna nasze możliwości i ma swoje plany.

    Oglądałam kiedyś film pt. „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” w reż. D. Fincher’a. Główną postacią tego filmu jest człowiek, który urodził się stary i z każdym rokiem stawał się młodszy. Twoim zdaniem można mu pozazdrościć?
    Nie. Moim zdaniem zazdrość to jest „dziwne” uczucie. Każdy okres życia ma swoje plusy. Starszy wiek też ma ich całkiem sporo. Sam tego doświadczam. Nie chciałbym też, żeby czas zatrzymał się. Jest dobrze, jak jest.

    W jaki sposób żyjesz, że potrafisz się cieszyć z czasu, w którym aktualnie się znajdujesz?
    Całe życie starałem się budować na fundamencie Bożego Słowa i osobistej relacji z Jezusem. Każdy człowiek ma wolną wolę. Ograniczyłem swoje pole wyboru, poddając się Bogu. Wybrałem to, więc chciałem żyć zgodnie z tym, co Bóg przekazuje w swoim Słowie. To automatycznie wydaje owoc w postaci znaczenie ciekawszego, lepszego, spełnionego życia.

    Co konkretnie robisz, by wieść spełnione życie?
    Chcę i staram się każdego dnia wdrażać Boże zasady, z których jedna jest największym przykazaniem: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy” (Ewangelia Mateusza 22,36–40, BW). To buduje nastawienie życzliwości, a nie zawiści czy poczucie krzywdy.

    Wspaniale! Patrząc z boku, wydaje się, że jesteś człowiekiem sukcesu, że nie spotyka Cię nic złego…
    Każdy ma swój poziom niepokoju, walki, pokuszeń. W życiu są bardzo różne okresy. Bywa, że jest bardzo trudno. Doświadczyłem tego wiele razy. Wtedy wszystko nie kręciło się super. Teraz, w tej sekundzie nic mnie nie boli, czuję się świetnie, sprawy się rozwijają bardzo dobrze i za to jestem wdzięczny, ale nie na tym buduję swoje samopoczucie. Dobrze wiem, że wszystko mija, pojawiają się różne sytuacje życiowe. Nie wszystko zawsze będzie się układało. Bądźmy więc zadowoleni z tego, co mamy w tej chwili.

    Jaka sytuacja życiowa zmieniła Cię?
    Wielka trauma związana z lotnictwem. Moim marzeniem od dziecka było latanie. Gdy skończyłem 16 lat, pojechałem do Aeroklubu w Gliwicach, żeby zrobić szkolenie na szybowce. Potem w planach miałem samoloty. Zgodnie z procedurą w tamtych czasach wysłali mnie na badania lekarskie do Szkoły Oficerskiej w Dęblinie. To trwało kilka dni.

    I udało się?
    Niestety, nie przeszedłem ostatniego badania. Odrzucili mnie. Tylko pięciu osobom się udało na 25-ciu kandydatów. Trauma, która mnie dopadła, była tak wielka, że w pociągach płakałem całą drogę z Dęblina do moich rodzinnych Gliwic. Chciałem umrzeć. Wydawało mi się, że życie straciło sens i kierunek.

    Co zrobiłeś?
    Moim pocieszeniem stały się żaglówki. W tym samym sezonie zacząłem pływać na jachtach. Popłynąłem na pierwszy rejs na Mazury. To była fajna przygoda. Ale rok później zmieniły się przepisy i badania cywilne były robione w Głównym Ośrodku Badań Lotniczo-Lekarskich we Wrocławiu. Tam pojechałem i przeszedłem testy z wynikiem pozytywnym. Trauma zmieniła się w wielkie szczęście.

    Czego Cię to nauczyło?
    Żeby się nie poddawać.

    Mocna lekcja dla młodego człowieka. Wspomniałeś też, że miałeś trudne okresy, będąc już dorosłym. Jak sobie poradziłeś z osobistym bólem, przeszkodami, wyzwaniami?
    Dzięki relacji z Bogiem. Modliłem się, czytałem Biblię. Przebywałem wśród bliskich, którzy są empatyczni i potrafią podnieść na duchu. Gdy było źle, okazali mi bardzo wiele ciepła, serdeczności.

    Jakie są zatem cechy ludzi, których podziwiasz?
    Skromność, życzliwość, otwartość na potrzeby innych, wysokie kompetencje, sprawność, poświęcanie swojego czasu dla innych, chęć głębokiego zaangażowania się, by komuś pomóc, otwartość na dzielenie się swoimi cennymi doświadczeniami.

    Ciekawa lista! Co i kto Cię inspiruje?
    Pismo Święte, bardzo dobre wykłady biblijne, wartościowe książki i relacje z ludźmi, z którymi można spotkać się, porozmawiać, cieszyć się z nimi, widzieć Boże działanie w ich życiu.

    A Ty? Kim jesteś dla ludzi? Do czego Cię Bóg przygotował, biorąc pod uwagę sytuacje, przez które musiałeś przejść?
    Trudno powiedzieć. Chciałbym pomagać innym rozwijać się, aby sami mogli być jeszcze bardziej produktywni dla Królestwa Bożego na świecie. Cieszę się, że mam możliwość robić to w kraju i za granicą. Olbrzymim wsparciem i pomocą jest dla mnie żona, Bogusia, z którą podzielamy cele, życie i służbę już od ponad 31 lat oraz cała rodzina, dzieci, które też wybrały drogę naśladowania Jezusa. Wow! Cóż może być lepszego dla rodziców?

    Piękna praca, powołanie, jedność w rodzinie… Właśnie takich ludzi potrzebuje ten świat.
    Uważam, że świat tonie nie ze względu na głód, ekonomię, politykę, ale ze względu na wielki kryzys tożsamości. Miliardy ludzi zagubionych, kręcących się bez celu, podejmują decyzje i wybory w oparciu o swoje instynkty. Wówczas pojawiają się konflikty interesów, co prowadzi często do przemocy, zaborczości. Jedynym antidotum jest przekształcenie umysłu człowieka, co jest poza zakresem oddziaływania psychologów i innych specjalistów, bo to dotyczy duchowości. Moim zdaniem tylko Bóg jest w stanie nas zmienić. Gdy On ingeruje w nasze życie, zaczyna się fascynująca przygoda. Doświadczamy wtedy, jak jest realny, daje wewnętrzny pokój, kierunek i chęć służenia innym. Wystarczy podjąć właściwą decyzję.

    fot. Kamila Walczak

    fot. Kamila Walczak

    Podobno człowiek podejmuje ok. 230 decyzji każdego dnia. Najczęściej robi to intuicyjnie. Masz swoją technikę, którą wykorzystujesz, gdy podejmujesz ważną decyzję?
    To zależy od sytuacji. Na pewno rozmyślam o tym, modlę się. Rozmawiam z moimi serdecznymi przyjaciółmi, mentorami w branżach, w których są silni. Radzę się więc ludzi mądrzejszych ode mnie. Potem staram się to wszystko ocenić w świetle przydatności dla Bożego Królestwa i spraw długofalowych.

    Do tego potrzeba jeszcze odwagi. Jak i gdzie znajdujesz odwagę potrzebną do realizowania ambitnych celów?
    Jestem bardzo ostrożny. Nauczyłem się tego, popełniając błędy. Przeszedłem już przez tyle trudnych sytuacji, z których wyszedłem cało i to napawa optymizmem, jeśli chodzi o kolejne. Ważne jest, by w modlitwie być przekonanym, że to Pan Bóg prowadzi nas w tę stronę. Trzeba też mieć zaufanie, które jest budowane przez historię. To się nazywa „Milestones”, czyli kamienie milowe z przeszłości. Chodzi o to, że mamy swoje doświadczenia. Wiemy, co się sprawdziło, dlatego można iść do przodu z większą odwagą.

    A gdy Twój plan wymknie Ci się spod kontroli, to jak reagujesz?
    Staram się tym nie przejmować, nie analizować, nie rozpamiętywać. Jak na przykład nie zdążę na samolot, to wtedy szukam racjonalnych rozwiązań. Wielokrotnie doświadczałem, że sytuacje często kończą się lepiej niż podpowiada mi wyobraźnia w danym momencie.

    W mojej opinii, to są umiejętności, które szlifuje się do końca życia. Osiąga się je tylko przez pracę? Gdzie czas na zabawę?
    Pasuje do mnie, co pisze L.P. Jacks: „Mistrz sztuki życiowej nie rysuje ostrego rozróżnienia między pracą a zabawą, pracą a przyjemnością, umysłem a ciałem, edukacją a rekreacją. Ledwo wie, co jest czym. On po prostu wykonuje swoją wizję doskonałości poprzez to, co robi i pozostawia innym ustalenie, czy pracuje, czy bawi się. Dla siebie samego zawsze wydaje się robić jedno i drugie. Wystarczy mu, że robi to dobrze”[1]. To zatarcie między pracą a przyjemnością realizuję teraz w swoim życiu. To jest fajny stan, kiedy robię to, co lubię.

    Co lubisz robić poza pracą?
    Lubię odpoczywać, poznawać interesujących ludzi oraz nowe potrzeby w sferze spraw duchowych.

    Ciekawe! A jakie wartości przekazałeś swoim dzieciom?
    Mam nadzieję, że miłość do Pana Boga – na tym mi najbardziej zależy, bo uważam, że to jest początek wszystkiego. Także to, by życie obracało się wokół spraw Bożych, bo to daje pokój, dystans, siłę w przeciwnościach, oparcie, uczciwość. Warto przejść przez życie uczciwie i solidnie: płacić podatki, tworzyć miejsca pracy, rozsiewać pozytywne wrażenia, nie zaogniać sytuacji.

    Jaką spuściznę chciałbyś pozostawić po sobie?
    Wspomnienia. Zacytuję Osa Guiness’a: „Żyj życiem dla jednego widza – Boga”. Chciałbym więc być dobrze wspominanym przez ludzi, z którymi miałem okazję się spotkać, którzy w jakiś sposób mogli poczuć się zachęceni, pobudzeni, wzmocnieni właśnie w kierunku pogłębienia duchowości albo w uczciwym, innowacyjnym biznesie.

    Masz wiele pomysłów, pasji, energii do działania. Wiele osób w wieku przedemerytalnym powoli gaśnie. W jaki sposób zmotywowałbyś ich do zmiany myślenia o swoim wieku?
    Trudno jest dawać górnolotne rady, bo to jest łaska Boża. Bobb Biehl[2] twierdzi, że najbardziej produktywna dekada życia jest między 60 a 70 rokiem życia. Potwierdzam to. Mam wielu przyjaciół, którzy są w tej dekadzie i są produktywniejsi ode mnie. W każdym wieku można angażować się w pomoc innym. To sprawia, że zapomina się, że coś strzyka w kolanie, a także o własnych problemach. Życie dla innych – to jest odpowiedź!

    Dziękuję za rozmowę!

    Pamiętam dzień, kiedy bardzo zaskoczyła mnie koleżanka swoją relacją z pobytu na wolontariacie w Tanzanii. Opowiadała, że wielu ludzi nie zna daty swoich urodzin. Wiek określa się na oko. To nie do pomyślenia w naszej europejskiej cywilizacji, gdzie bez dokumentu tożsamości odmówionoby wszelkich praw do życia w społeczeństwie. Oczywiście, dobrze znać swój wiek, jednak jak ta wiedza wpływa na nasze życie? Wiele osób to paraliżuje, podejmują więc walkę z czasem, odmładzając się za pomocą nowoczesnych technik medycyny estetycznej. Czy jednak to skóra decyduje o wieku? Moim zdaniem stan ducha i umysłu. Na pewno nie są nam obcy ludzie, którzy w sile wieku poddają się grawitacji i nie interesują ich żadne aktywności. Z drugiej strony są ludzie, którzy mają pomysły, lecz wiek lub choroba nie pozwalają im na działanie. Wszyscy jesteśmy bardzo różni, ale mamy do wykorzystania tyle samo godzin w ciągu doby. Jak pogodzić się z tym, że czasu nie można cofnąć, zatrzymać i przyspieszyć? Po prostu zaufać Bogu, bo „w rękach twoich są czasy moje” (Ps 31,16). Dlatego chcę się cieszyć życiem, bo dzień dzisiejszy jest wyjątkowy!


    [1] Oryginał: A master in the art of living draws no sharp distinction between his work and his play, his labour and his leisure, his mind and his body, his education and his recreation. He hardly knows which is which. He simply pursues his vision of excellence through whatever he is doing and leaves others to determine whether he is working or playing. To himself he always seems to be doing both. Enough for him that he does it well. Autor: Lawrence Pearsall Jacks, „Education through Recreation”, tłum. własne.

    [2] Bobb Biehl – executive mentor, zawodowo zajmuje się pomaganiem ludziom w spełnianiu marzeń, precyzowaniu celów życiowych, szukaniu sensu i własnej tożsamości. Działa w zakresie biznesu i życia prywatnego.

  • Tematyka: teologicznie
    Jerzy Sojka

    Jerzy Sojka

    doktor teologii ewangelickiej, wykładowca akademicki

    Jestem usprawiedliwiony

    Jestem usprawiedliwiony
    fot. Dawid Macura

    Tylko sprawiedliwość Chrystusa usprawiedliwia człowieka przed Bogiem.

    Trzecia z cyklu dysputacji przygotowanych przez Marcina Lutra w latach 30. XVI wieku na temat tekstu z Listu do Rzymian 3,28 skupia się na samym pojęciu usprawiedliwienia. Reformator przygotował jej 35 tez na okoliczność obrony doktorskiej Philippa Motza, która odbyła się na uniwersytecie wittenberskim 10 października 1536 roku.

    Rozpoczyna się ona od stwierdzenia, że na podstawie tekstu Listu do Rzymian 3,28: „Uważamy bowiem, że człowiek bywa usprawiedliwiony przez wiarę, niezależnie od uczynków zakonu”. Należy rozróżnić dwa rodzaje usprawiedliwienia, a mianowicie usprawiedliwienie przed Bogiem i usprawiedliwienie przed człowiekiem. To wiążę się z zawartym w tym tekście przeciwstawieniem uczynków i wiary. Te pierwsze wyłączone zostają z usprawiedliwienia przed Bogiem, gdyż zostaje ono oparte jedynie na wierze.

    Dalej M. Luter rozwija, że człowiek usprawiedliwiony na podstawie uczynków zyskuje chwałę jedynie przed ludźmi, a nie przed Bogiem. Kiedy zaś zostanie usprawiedliwiony z wiary, wtedy jest uznany za sprawiedliwego przed Bogiem, nawet jeśli wobec ludzi, a nawet samego siebie, pozostaje mu tylko wstyd. Reformator podkreśla tutaj, że Boża logika sprawiedliwości wymyka się ludzkiemu pojmowaniu. Nikt z bezbożnych nie jest w stanie pojąć tej tajemnicy i wydaje się ona trudna do pojęcia nawet dla pobożnych. Wynika to z faktu zepsucia natury człowieka przez grzech pierworodny.

    Dlatego istotnym jest, by wierzący zdawali się w kwestii usprawiedliwienia nie na osąd hipokrytów, którzy nie są w stanie przekroczyć swej grzesznej kondycji, a co za tym idzie nie są w stanie pojąć Bożej logiki usprawiedliwienia, ale powinni się zdać na osąd samego Boga. Ludzka wizja usprawiedliwienia jest wizją zyskania sprawiedliwości przed ludźmi, a więc na podstawie uczynków Zakonu. Nie jest to jednak tożsame z usprawiedliwieniem przed Bogiem. Tutaj dochodzi do głosu radykalnie pesymistyczna Lutrowa diagnoza sytuacji grzesznego człowieka. Grzech bowiem nie tylko doprowadził do zerwania relacji człowieka z Bogiem, ale do tego tak wypaczył zdolności poznawcze człowieka, że wszelkie zbawcze działanie Boga jest poza horyzontem jego pojmowania. Tak zepsuty człowiek szuka jednak możliwości zbawienia w tym, co jest dla niego wyobrażalne, stąd zamiast zdać się na Boga i jego dzieło, szuka sprawiedliwości we własnych uczynkach, bo to mieści się w zrozumiałej dla niego logice zasługi. Zgodnie z nią człowiek daje coś Bogu (własne uczynki), by w zamian otrzymać zbawienie.

    Te próby człowieka nie są mu jednak w stanie pomóc przed Bogiem, bowiem ziemska sprawiedliwość oparta na uczynkach Zakonu nie jest podstawą dla zbawienia. Nawet jeśli człowiek jest dzięki niej w doczesności błogosławiony przez Boga, to w perspektywie zbawienia taka sprawiedliwość jest jedynie oszustwem i hipokryzją przed Bogiem. M. Luter wskazuje, że nagradzające ludzką sprawiedliwość na podstawie Zakonu działanie Boga także pozostaje dla człowieka zagadką. Bowiem zgodnie z tym Bóg nagradza to, co sam koniec końców uważa za niesprawiedliwość i zło. Na potwierdzenie tego, że faktycznie Bóg tak ostatecznie ocenia ludzką sprawiedliwość z Zakonu, Reformator powołuje się na wypowiedzi proroków, którzy mówili o uczynkach zgodnych z Zakonem i ludzkim umysłem jako o złu, które wychodzi z rąk człowieka (por. Księga Izajasza 1,11.14n; Księga Amosa 5,21).

    By objaśnić ten paradoks, M. Luter odwołuje się w kolejnych tezach dysputacji do przykładu księcia, który toleruje złego sługę, gdyż jego przykładne ukaranie byłoby niebezpieczne dla istnienia całości królestwa. W decyzji Boga nie chodzi więc o osobę, która swoją sprawiedliwość buduje na uczynkach ani też o samą wartość owych uczynków, ale o Bożą mądrość, zgodnie z którą Bóg toleruje mniejsze zło, by uniknąć większego. Inny przykład, którego używa M. Luter dla objaśnienia tej sytuacji, to odwołanie do wiedzy medycznej jego czasów, zgodnie z którą toleruje się w człowieku pewne nieuleczalne choroby, gdyż walka z nimi byłaby zagrożeniem dla jego życia.

    Nie zmienia to jednak faktu, że człowiek przestrzegający tylko uczynków Zakonu i wywodzący stąd swoją sprawiedliwość nie jest zdolny, by w pełni wypełnić nakazy Bożego Prawa. Co więcej, nie jest nawet ich w stanie w pełni pojąć. To powoduje, że sprawiedliwość oparta na Zakonie jest niepewna i słaba. Jednak nie przeszkadza to Bogu tolerować tych wysiłków człowieka, gdyż niejednokrotnie to jedyna sprawiedliwość, do jakiej dąży. Reformator przyrównuje tutaj też mądrość Boga do mądrości władz miasta, które tolerują pewne złe zachowania swych obywateli i mimo ich postawy nagradzają ich obywatelstwem, by skłonić ich do zachowania pokoju w mieście. Dlatego też niejednokrotnie Bóg bardziej docześnie obdarza bezbożnych niż swoich świętych. Dzieje się tak także dlatego, że Bóg działa w innym niż doczesny horyzoncie. Jego ostatecznym celem nie jest uporządkowanie doczesności, ale zaprowadzenie Jego królestwa, w którym nie będzie miejsca dla nieczystych (por. Księga Izajasza 52,1).

    Taki sam sposób postępowania Bóg przyjmuje także wobec swego Kościoła i swoich świętych. Traktuje ich z cierpliwością i dobrocią, gdyż widzi w nich pierwsze zarodki swoich stworzeń (por. List Jakuba 1,18) i dlatego uznaje ich za sprawiedliwych i synów swojego królestwa. To zestawienie postępowania świętych, a więc w języku M. Lutra wierzących, czyli usprawiedliwionych, z tymi, którzy wbrew woli Boga ufają jedynie sprawiedliwości opartej na własnych uczynkach, uzasadnione jest tym, jak Reformator pojmował samo usprawiedliwienie. Dla M. Lutra usprawiedliwienie ma dwa aspekty, które wyjaśnia w kolejnych tezach. Z jednej strony jest to proces, który trwa całe życie człowieka, gdyż człowiek w doczesności pozostaje cały czas grzesznikiem. Jego walka z grzechem dopełni się dopiero wraz z jego śmiercią. Nikt zaś, kto jest grzesznikiem, nie może być na podstawie własnej postawy uznany sprawiedliwym przed Bogiem, stąd konieczność cierpliwości Boga także wobec wierzących. Z drugiej jednak strony ten sam grzesznik jest w oczach Boga uznany za w pełni sprawiedliwego. Dzieje się tak dzięki Chrystusowi, który wstawia się za wierzącymi przed Bogiem, chroniąc ich swoją doskonałą sprawiedliwością przed Jego gniewem. Nie jest to jednak sprawiedliwość wynikająca z postawy czy działania wierzącego, ale obca sprawiedliwość Chrystusa, przypisana człowiekowi. Dzięki temu zaczątek sprawiedliwości w człowieku może się rozwijać, i choć ten rozwój dopełni się dopiero wraz z kresem jego ziemskiego życia, to sprawiedliwość Chrystusa chroni człowieka przed potępieniem.

    To drugi z wymienionych rodzajów sprawiedliwości – jest więc kluczowy dla tego, jak jesteśmy postrzegani przez Boga. To dzięki obcej człowiekowi, darowanej mu sprawiedliwości Chrystusa człowiek jest w Bożych oczach sprawiedliwy. Stąd wynika zasadnicze odrzucenie sprawiedliwości zbudowanej na uczynkach. Tylko sprawiedliwość Chrystusa usprawiedliwia człowieka przed Bogiem. Ona zaś jest możliwa do uchwycenia tylko przez wiarę, którą wlewa w człowieka Duch Święty, kiedy ten słucha o Chrystusie. Wiara ta jest zatem również dziełem Bożym w człowieku. Człowiek nie może powiedzieć w żadnym wypadku, że zdobył Chrystusa, bądź wypełnił Jego sprawiedliwość. Człowiek jest w stanie sam z siebie wykonywać jedynie uczynki ziemskiej sprawiedliwości, która jednak nie niesie zbawienia. Boża sprawiedliwość jest mu dostępna tylko dzięki działaniu Ducha Świętego w nim.

    Dlatego Reformacja taki nacisk kładła na stwierdzenie, że człowiek jest usprawiedliwiony bez uczynków Zakonu. Sprawiedliwość Boża, która jest warunkiem usprawiedliwienia – zbawienia, jest bowiem czymś co człowiek w pełni otrzymuje. Człowiek jest w pełni pasywny, stroną aktywną, działającą jest jedynie Bóg, który ofiarowuje człowiekowi zbawcze dzieło dokonane w Jezusie Chrystusie przez działanie Ducha Świętego. Żaden człowiek nie może powiedzieć, że się nawrócił. Wszyscy wierzący ZOSTALI nawróceni, nie było w tym żadnej ich inicjatywy, żadnej ich decyzji, czy żadnego ich własnego kroku. To, co wydarzyło się w ich życiu jest wyłącznym dziełem Boga, stąd też nie mogą swej pewności zbawienia budować na jakimś swoim działaniu, ale jedynie na obietnicy Chrystusa. Ze względu na ową pasywność człowieka w dziele zbawienia M. Luter jeszcze raz przywołuje twierdzenie, że człowiek jest usprawiedliwiony jedynie z wiary, bez uczynków Zakonu. To zaś, że jest posłuszny Zakonowi, czyniąc dobre uczynki, nie jest jego zasługą, ale konsekwencją darowanej mu wiary w Chrystusa.

    Całość „zostania usprawiedliwionym” zakłada, że człowiekowi bez żadnej jego aktywności czy zasługi przypisana zostaje sprawiedliwość, nie jego własna ale Chrystusowa. Jednocześnie ze względu na odpuszczenie grzechów nie są wierzącemu przypisywane jego przeszłe i obecne grzeszne czyny. Człowiek usprawiedliwiony pozostaje w ciele grzesznikiem. Grzech ten dochodzi do głosu, jednak nie jest mu zaliczony, a całe doczesne życie to walka między grzesznością a rodzącą się i rozwijającą się w człowieku sprawiedliwością. Zwycięstwo tej ostatniej nie jest jednak dziełem człowieka, ale jest możliwe jedynie przez wiarę – dar Ducha Świętego. W pełni to zwycięstwo dokona się dopiero wówczas, gdy ze śmiercią człowieka ostatecznie zostanie pokonana jego grzeszność.

  • Tematyka: męskie spojrzenie
    Marek Cieślar

    Marek Cieślar

    redaktor programu "Po prostu", dziennikarz radiowy

    Bóg plus jeden

    Pojawił się niespodziewanie. Po prostu nagle był. Tajemniczy i bliski, nieznajomy znajomy.

    Wiedział wszystko. O mnie i o świecie. Uświadomiłem to sobie, gdy zaczął rozwijać trzymany w rękach zwój pergaminu, a robił to bardzo wolno, patrząc mi prosto w oczy, jakby żądając, bym uważnie czytał każde ukazujące się słowo: “Byłeś niedawno w Berlinie, wiesz dużo o Donbasie, oglądasz gruzy Aleppo, ale czy widzisz tych ludzi, ich cierpienie, rozpacz, ich lęk o bezpieczeństwo, zdrowie, życie dzieci? Czy coś dla nich robisz, czy się o nich modlisz…?”.

    Słowo po słowie wyskakiwało z pergaminu, ukazując się moim szeroko otwartym oczom jakby przez szkło powiększające i wiedziałem od samego początku, że są to słowa, które w jakiś sposób współbrzmią z moimi uczuciami, myślami, obawami. Wiedzieliśmy o tym obydwaj, ale on przenikał o wiele więcej. Znał całą przeszłość i całą przyszłość. Jednocześnie tkwił doskonale w teraźniejszości. Wiedział, co się dzieje, co się wydarzyło i co się wydarzy. Byłem tego pewien. Wyszeptałem więc, choć chciałem krzyczeć: “Czuję się bezsilny, jestem przytłoczony bezmiarem zła, nieprawości, krzywdy, przemocą, terrorem, wybuchaniem i trwaniem wojen, głodem i bezdomnością milionów, poniewierką całych narodów, do tego w moim własnym kraju jest niespokojnie, nie potrafimy się porozumieć, szanować, zjednoczyć. Czy… ty możesz jakoś temu zaradzić albo może… coś podpowiedzieć?”.

    W jednej chwili pergamin zmienił się w tableta, a na ekranie pojawiały się kolejno moje świadectwa szkolne, licealne, dyplom uniwersytecki, świadectwo chrztu i konfirmacji, widziałem też siebie siedziącego na licznych nabożeństwach, ewangelizacjach, wykładach formacyjnych i apologetycznych, siebie czytającego Biblię i komentarze, przygotowującego chrześcijańskie audycje radiowe… Nagle tablet zniknął i posłaniec powiedział spokojnie i życzliwie, choć stanowczo: “Jesteś dobrze przygotowany do działania, inwestowaliśmy w ciebie kilkadziesiąt lat, weź się w garść i pracuj, mniej myśl, a więcej rób, a przed wszystkim nie zapominaj o modlitwie, rozmowie z tym, który mnie posłał, który oddał za ciebie życie, który zło zwycięża dobrem, który jest pełen niewyczerpującej się mocy, pełen miłości i łaskawości”.

    – Tak – znowu szepnąłem, ale już głośniej – wiem to wszystko, wierzę w jego moc, doświadczam jego miłości…

    – Dobrze, wystarczy – powiedział, uśmiechając się, trochę jednak jakby zniecierpliwiony – odchodzę do następnego nieszczęśnika, któremu się wydaje, że nic nie może…

    Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Nie odczułem jednak pustki. Wiedziałem, że nie jestem sam. Zacząłem rozmawiać z tym, który zawsze jest blisko. I po raz pierwszy od długiego czasu odczułem wyraźnie, że zanika moja bezsilność. I przypomniałem sobie słowa, iż Bóg plus jeden to większość.

  • Tematyka: Idę własną drogą

    Odrobiona lekcja

    Odrobiona lekcja
    fot. Magdalena Piniaha

    To zdjęcie zrobiłam swoją pierwszą lustrzanką.

    Było to w 2007 roku. Lubię je, bo przypomina mi, jak wiele zależy od nas i od naszego spojrzenia na to, co nas spotyka. Najprostszym i najtańszym sprzętem zrobiłam mnóstwo ciekawych zdjęć. Ograniczenia w sprzęcie wymusiły na mnie bycie kreatywną i ciekawą świata. Jestem pewna, że była to lekcja od Pana Boga, żeby nie skupiać się na przeciwnościach losu, ale szukać radości w małych, prostych rzeczach. W pozornych drobnostkach ukryte jest największe piękno stworzenia!

  • Tematyka: rozmowa
    Lidia Czyż

    Lidia Czyż

    nauczycielka

    Rozmowy po czterdziestce

    Rozmowy po czterdziestce
    fot. Filip Giemza

    Kapustę będę wsuwać, pić kawę z olejem kokosowym albo jeść tylko jajka.

    Gosia, ratuj, muszę coś zrobić z moją wagą!
    – …

    Co muszę? No, muszę schudnąć! Koniecznie muszę!
    – …

    Nie wiem co… obojętne, poradź coś skutecznego! Próbowałam kiedyś Dukana, Kwaśniewskiego, raf południowych – ale nie działały. Co teraz? Kapustę będę wsuwać, pić kawę z olejem kokosowym albo jeść tylko jajka. To się chyba hollywoodzka nazywa. Już mi się wszystko miesza.
    – …

    Co się stało? Wiesz, kupiliśmy wreszcie do sypialni tę nową szafę z przesuwnymi drzwiami. No i nie wiem, co mnie podkusiło, że wybrałam jedno skrzydło lustrzane. To był straszny błąd!
    – …

    Dlaczego? Jeszcze się pytasz?! Bo zobaczyłam siebie całą! Całą! To była tragedia! Wiesz, jaki ja mam brzuch?! A uda! Dopiero teraz zobaczyłam ten cellulit! Aż się przeraziłam. Ja się nie pokażę więcej Michałowi! W ogóle nie wiem, jak on może na mnie patrzeć!
    – …

    Nie, nigdy mi nic nie powiedział, wręcz przeciwnie, stale mi powtarza, jaka jestem piękna i jak mu się podobam. Że wcale nie przytyłam, ale wiesz, wątpię, czy tak myśli. Ślepy przecież nie jest. Na pewno chce mnie tylko pocieszyć…
    – …

    No pocieszyć, bo wiesz, wczoraj byłam tak załamana, że poszłam przebierać się do łazienki. Wtedy Michał powiedział, żebym się nie wygłupiała, że mam ponad czterdzieści lat, jestem jego żoną od dwudziestu dwóch, widział mnie tysiąc, a nawet miliony razy i nagle nie przestałam mu się podobać i żebym nie robiła głupot.
    – …

    Gośka, ja naprawdę nie przesadzam. Ty też mnie nie widziałaś chyba od dwóch lat w stroju kąpielowym.
    – …

    Nie, na wadze wiele nie przybrałam. Może za dwa, trzy kilogramy. Ale zimą zazwyczaj tyle przybieram. A potem wiosną więcej się ruszam, ale… Nie, Gosia, to nie chodzi tylko o te kilogramy, tylko o to, że chciałabym wrócić do tej figury, którą miałam dwadzieścia lat temu.
    – …

    To nierealne?! Mówisz, jak Michał, on też twierdzi, że to niemożliwe! Że skończyłam czterdziestkę – ładnie to ujął, bo to było sześć lat temu i trudno, żebym wchodziła w dżinsy swojej córki. A mnie się wydaje, że powinnam się mieścić…
    – …

    Ty też nie wchodzisz? Gosia, ale twoja córka ma dopiero 14 lat, a moja prawie 19!
    – …

    Jasne, że chciałabym się mieścić! Ale ta oponka w pasie…!
    – …

    Nie, Gośka, nie przesadzam! Mam okropny wałek nad paskiem. Jak mnie  zobaczysz, to sama się przerazisz.
    – …

      No, próbuję jeść mniej, słodyczy zresztą nigdy nie lubiłam, to nie problem.
    – …

    – Tak, ruch by się przydał, ale powiedz kiedy?! Na jakieś bieganie, ćwiczenia, basen naprawdę nie mam jak się wyrwać.
    – …

    Mówisz, że chociaż kije? Ale czy to coś pomoże? Ja lepiej przestanę w ogóle jeść, by nie wyglądać jak pani w średnim wieku. Wrócę do wagi sprzed dwudziestu lat i…
    – …

    No dobra, może trochę przesadzam. Tak, Michał mówi, że nie okropnie, że mam normalny wygląd kobiety 40+. A ja nie chcę wyglądać jak czterdziestolatka z plusem! Ja chcę wyglądać jak… no, jak… sama wiesz, jak… młoda kobieta! Gośka, ratuj!

    ***

    Cześć Paweł! Pytasz, gdzie kupiliśmy tę szafę do sypialni?
    – …

    Aha, Magda dzwoniła do Gosi i… Gośka nie daje ci spokoju?
    – …

    No, zamówiliśmy w tym salonie na Topolowej.
    – …

    Tak, jestem zadowolony. Ceny w porządku, zrobili terminowo i solidnie. Montaż też spoko. Dobrzy fachowcy. Tylko, Paweł, nie zgódź się pod żadnym pozorem na lustrzane drzwi!
    – …

    Dlaczego? Ty nawet nie pytaj dlaczego! Chłopie, nie masz pojęcia, co się dzieje od kilku dni! Magda zobaczyła się rozebrana w tym lustrze i myślałem, że nastąpił koniec świata! Jak zaczęła jęczeć, jaka jest gruba, że zrobiła się jej jakaś… jak to określiła? Nie, nie fałdka, … aha, oponka w pasie. Że wygląda jak stara baba i na pewno mi się już nie podoba.
    – …

    Poważnie. Poszła się nawet przebrać do łazienki. Wyobrażasz to sobie?! No, to ją zapewniam, że mi się podoba i to bardzo. Nawet bardziej niż po ślubie i że dopiero teraz jest sexy, bo ma takie kobiece kształty. I tym się już zupełnie pogrążyłem! Bo twierdzi, że jeśli kobiece, to znaczy, że ma za dużo ciała. A ona nie chce wyglądać – jak to określiła jak kobieca kobieta, tylko kobieta kobieca. Czy podobne bzdury, już się w tym pogubiłem. Więc jej mówię, że po trzech porodach nie może wyglądać jak jej własna córka. A ona na to, że może i chce tak wyglądać. I że… już nie pamiętam, co jeszcze…
    – …

    Paweł, czy kobiety muszą tak wszystko komplikować? Przecież ona ma ponad czterdzieści lat… no nawet czterdzieści pięć… To w końcu jest chyba wiek średni czy jak się to nazywa, i podoba mi się taka, jaka jest. Tylko jak ją o tym przekonać? Może ty wiesz, bo mnie na kobiecą logikę brakuje już argumentów!

  • Tematyka: rozmowa
    Kamila Walczak

    Kamila Walczak

    doktor nauk humanistycznych o specjalności komunikacja międzyludzka

    Być piękną kobietą

    Być piękną kobietą

    Choroba uświadomiła mi, że tylko Bóg ma kontrolę nad wszystkim.

    Dorota Laskowska. Kobieta z klasą. Z zawodu nauczycielka j. rosyjskiego. Żona Amerykanina – Dana Laskowskiego, matka 19-letniego syna chorego na stwardnienie rozsiane. Misyjnie prowadzi Kolskie Forum Kobiet, które założyła w 2004 r. Obecnie liderka wielu grup kobiecych w USA i Polsce. Kocha ludzi, życie i przede wszystkim Boga.

    Wyglądasz pięknie. Jesteś kobietą sukcesu. Masz piękny dom, wspaniałego męża i syna. Żyjesz w Stanach, przyjeżdżasz na wakacje do Polski. Nie musisz pracować. Finansowo się Wam powodzi. Taką być i tyle mieć – to marzenie wielu kobiet. Zdajesz sobie z tego sprawę, że jesteś postrzegana w taki sposób?
    Oczywiście! Ale to bardzo powierzchowne i nieprawdziwe spojrzenie. Nie tak dawno młoda dziewczyna powiedziała mi, że jestem piękną kobietą. Odpowiedziałam jej, że jestem piękną, bo Bożą kobietą. Lubię o siebie dbać. To jest ważne. Jednak ważniejsze dla mnie jest piękno wewnętrzne, które Bóg mi daje. Często też słyszę od kobiet, że jestem uśmiechnięta i emanuje ze mnie pokój. Wiem, że to nie pochodzi ode mnie, ale od Boga i jest tylko Jego zasługą. Chrześcijanki to rozumieją. Natomiast kobiety niewierzące myślą, że to jest mój sukces, że sobie to wypracowałam.

    Pięknego wnętrza sobie sama nie wypracowałaś, jednak na pewno był to proces. Jak długo czekałaś na zmianę swojego życia?
    Przez prawie czterdzieści lat wiedziałam o Bogu, ale Go nie znałam. Nie miałam świadomości, że można mieć żywą relację z Bogiem i co to znaczy. Przez ten czas byłam dobrą kobietą. Starałam się żyć po swojemu, nie krzywdzić ludzi. Chciałam być dobrze postrzeganą przez innych.

    I pewnie Ci się to udawało. Kiedy dotarło do Ciebie, że nie tędy droga?
    Poznałam człowieka, który pokazał mi, że można żyć inaczej. Dzięki niemu i innym zrozumiałam, że Bóg jest prawdziwy, realny i jest ze mną zawsze, a sama z siebie nie mogę być dobrym człowiekiem. Tylko Bóg może przemienić moje serce i umysł. Dlatego oddałam swoje życie Jezusowi i uznałam Go za swojego Pana i Zbawiciela, aby to On zmieniał mnie.

    Domyślam się, że tą osobą był Twój mąż?
    Tak. Dan był tym katalizatorem. Jest dojrzałym chrześcijaninem, ufa Bogu od dzieciństwa i nie musi nawet o tym mówić, bo jego życie jest najlepszym świadectwem tego, że Bóg działa. Od początku naszej znajomości przyglądałam się jego życiu, ponieważ nie znałam wcześniej takich ludzi. Żyje z Bogiem i według Jego zasad, co oczywiście nie oznacza, że jest idealny. Idealny jest tylko Bóg!

    Pracowałam w szkole przez wiele lat, wiedziałam, że potrafię i lubię uczyć. Odnosiłam sukcesy. Lubiłam moich uczniów. Miałam też dobre relacje z ich rodzicami. Po kilkunastu latach pracy w szkole stwierdziłam, że już się tu zrealizowałam. Zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić. Myślałam więc o tym, żeby coś zmienić. Zaczęłam udzielać lekcji j. polskiego obcokrajowcom, otrzymałam też niespodziewanie propozycję pracy w firmie amerykańskiej. I wtedy na mojej drodze Bóg postawił Dana.

    To coś zupełnie innego niż praca w szkole…
    Zgadza się! To było dla mnie ogromne wyzwanie. Szkoła była bezpiecznym miejscem, gdzie można dotrwać do emerytury. Praca w niej dawała mi zabezpieczenie finansowe. Nowa praca była ogromnym ryzykiem. Mogło przecież okazać się, że w firmie się nie sprawdzę, że może to nie jest to, czego szukam. Podjęłam jednak ryzyko, ponieważ chciałam coś w życiu zmienić. W rezultacie okazało się, że to była dobra decyzja.

    A jak zostałaś żoną Dana?
    Na początku były tylko relacje służbowe (był moim uczniem), z biegiem czasu zaprzyjaźniliśmy się, a nasza przyjaźń przerodziła się w miłość i zakończyła małżeństwem.

    Długo na to czekałaś… Czy po 30-tym roku życia nie dopadały Cię myśli, że to już się nie zmieni i pozostaniesz „starą panną”?
    Nie. Wiem, że to może wydawać się dziwne. Pomimo że nie byłam wtedy osobą świadomie wierzącą w Boga, miałam nadzieję, że spotkam mężczyznę „na życie”. Chociaż byłam przed 40-tką, ciągle wierzyłam (pomimo chwilowych zwątpień), że wyjdę za mąż i będę szczęśliwa. Ale nigdy nie szukałam męża na siłę.

    Nadzieja zamieniła się w rzeczywistość. Niesamowite! Co teraz robicie razem?
    Wcześniej zarządzaliśmy firmą, kierującą się zasadami chrześcijańskimi. W tej chwili nie pracujemy zawodowo, ale oboje jesteśmy zaangażowani w służbę chrześcijańską. Inwestujemy w Królestwo Boże. To jest nasza misja – działamy nie tylko w Kole, ale szerzej.

    Na czym to polega?
    Pracując w firmie, rozpoczęliśmy szkolenia chrześcijańskie dla liderów. Dla naszych pracowników organizowaliśmy chrześcijańskie konferencje dla małżeństw i rodziców. Kilkanaście lat temu to była kulturowa rewolucja. Wtedy stwierdziłam, że przydałoby się też coś dla kobiet. Zaczęłam organizować spotkania promujące wartości chrześcijańskie i tak rozpoczęła się działalność „Kolskiego Forum Kobiet”.

    Jak przebiegają takie spotkania?
    Zapraszamy chrześcijańskie mówczynie z różnych denominacji. Na Forum dzielimy się swoimi doświadczeniami, historiami, ale także zachęcamy kobiety do zaufania Bogu. Ponieważ Biblia jest najlepszym podręcznikiem życia, uczymy kobiety, jak mogą czytać i praktycznie stosować Słowo Boże. Dla mieszkańców Koła organizujemy także koncerty i konferencje dla małżeństw i rodziców.

    Poświęcasz ludziom swój cenny czas. Co trzeba mieć w sobie, żeby ich kochać? To niełatwe zadanie.
    Z natury jesteśmy egoistami i myślimy o sobie. Potrzebna jest przemiana serca i umysłu. O to się modlę, żebym widziała ludzi oczyma Jezusa. Chcę kochać ich tak, jak On mnie kocha.

    Czy ten kochający Bóg mógłby skrzywdzić swoje dziecko?
    Bóg nigdy nie krzywdzi swoich dzieci. Kocha wszystkich, jest miłością. On tylko przyzwala na pewne doświadczenia, a karci jak kochający ojciec. Dziecko nie może być wychowane bez stawiania granic. Nie uważam jednak tego za krzywdzenie dziecka.

    A nie jesteś zła na Boga, że przyzwolił na pewne doświadczenia w Twoim życiu, które sprawiły Ci ból?
    Nie. Nigdy tak nie myślałam. Wiem, że to może wydawać się dziwne i niepojęte. Kilka lat temu zachorowałam na złośliwego raka piersi. Przeżyłam to bardzo mocno, do dziś się wzruszam, gdy o tym mówię, bo to są emocje, ale nigdy nie byłam zła na Boga. To był trudny czas, ale bardziej fizycznie. Wtedy uznałam całkowicie autorytet Boga. Choroba uświadomiła mi, że tylko Bóg ma kontrolę nad wszystkim. Dziękuję Bogu, że mogę Mu ufać w każdej sytuacji, nawet jeśli jej nie rozumiem, ponieważ wiem, że to On ma najlepszy plan dla mojego życia.

    Na tym jednym doświadczeniu się nie skończyło…
    Po kilku latach doszło kolejne, trudne doświadczenie. Dwa lata temu nasz syn został zdiagnozowany – stwardnienie rozsianym. To był szok. Całkowicie nas to zaskoczyło, ale nie przygniotło. Widzę, jak Bóg poprzez moją chorobę przygotował nas i naszego syna do tej sytuacji. Tak naprawdę ja nawet nie pytam „dlaczego?”. Nigdy nie zadawałam Bogu takiego pytania.

    Nie kłóciłaś się z Bogiem, nie buntowałaś się?
    Nie. Odwrotnie. Oddałam to wszystko Bogu, ufając że On ma najlepsze rozwiązania, że jak obiecał, jest zawsze z nami, nigdy nas nie opuści i nie porzuci.

    Jaka jest Twoja definicja cierpienia?
    Nigdy nie myślałam o definicji cierpienia. Każdy ma pewnie inną. Dla mnie cierpieniem było przejście przez chorobę. Boli mnie, gdy widzę mojego syna, jak cierpi. Mam w tym wszystkim odniesienie do cierpienia Jezusa, który z miłości do nas umarł na krzyżu. Tego nie można z niczym porównać. Nie skupiam się w ogóle na cierpieniu, jest przecież częścią naszego ziemskiego życia.

    Rozmyślałaś o śmierci przed operacją? Przeczuwałaś, że możesz umrzeć? Zostawić męża, dziecko? To jest dobry powód, by mieć pretensje do Boga.
    Miałam świadomość śmierci, bo rak był bardzo agresywny i złośliwy. Lekarze nie wiedzieli, jaki będzie efekt leczenia. Nasz syn miał wtedy 12 lat. Gdy powiedzieliśmy mu o mojej chorobie, jego pierwsze pytanie brzmiało: „czy mama umrze?”. Wtedy mój mąż mądrze odpowiedział: „Oczywiście, kiedyś mama umrze. Tak jak wszyscy kiedyś umrzemy. Wiemy jednak, że Pan Bóg czuwa nad wszystkim, mamy dobrego lekarza i będziemy robić wszystko, żeby mamę leczyć. Jeśli się uda, to mama będzie żyła”.

    Nie zastanawiałaś się, dlaczego Bóg nie uczynił dla Ciebie cudu? Tyle było modlitw za Ciebie, a mimo tego nie uniknęłaś operacji.
    Wiem, że Bóg może spektakularnie uzdrowić każdego. On ma moc i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Za sam cud uważam to, że mój rak został wykryty przez pielęgniarkę, bo był tak umiejscowiony, że badania go nie wykazały oraz że są leki, które w moim przypadku zadziałały. To był dla mnie cud, a operacja, naświetlania czy leki były jego częścią. Oczywiście, wiele osób się modliło o moje uzdrowienie. Wierzę, że modlitwa ma ogromną moc.

    W jaki sposób wyładowywałaś emocje?
    Gdy dostajesz chemię i masz w sobie truciznę, wpływa ona na cały organizm. Byłam osłabiona, miałam huśtawki nastrojów. Czasami potrzebowałam popłakać, czasami potrzebowałam być sama. Myślałam, że w tym czasie będę czytać ciekawe książki, oglądać filmy. Nie byłam w stanie niczego zrobić. Jednak codziennie sięgałam po Boże Słowo, czasami był to tylko jeden werset. To dawało mi siłę. Nie było zwątpienia, nie było depresji. Najdotkliwiej odczuwałam fizyczne zmęczenie. Choroba pokazała mi, że nie mam kontroli nie tylko nad swoim życiem, ale także nad moim ciałem. To Bóg ma kontrolę nad wszystkim.

    Dziękuję, że mi o tym opowiedziałaś, bo zdaję sobie sprawę, że przywoływanie tamtych emocji nie należy do przyjemnych. Chciałabym Cię jeszcze zapytać o syna. Według lekarzy jest on nieuleczalnie chory. Jak radzisz sobie z bólem, że nie możesz mu pomóc?
    Modlimy się o cud wyleczenia, zatrzymania tej choroby. Jako matka cierpię, bo chciałabym pomóc, jak to tylko jest możliwe, a nie zawsze mogę. Syn cierpi na bezsenność, która jest skutkiem choroby. Widzisz dziecko, które jest zmęczone, nie może się uczyć, bo ma pustkę w głowie, zmaga się ze swoją fizycznością. Na pewno chciałabyś pomóc. Oczywiście to mnie boli, ale oddaję to Panu Bogu.

    W końcu to też jest Jego dziecko…
    Tak. Gdy urodził się nasz syn, od razu oddałam go Panu Bogu. To był prezent od Boga, przecież miałam prawie 40 lat. Gdy Jan stał się nastolatkiem, powiedziałam: „Panie Boże, ja już nie mam wpływu na wiele rzeczy, więc Ty go wychowuj, prowadź i strzeż. Tylko Ty możesz przemienić jego umysł i serce. Proszę, by ufał Tobie przez całe swoje życie”.

    Spotykasz się może ze współczuciem ludzi, że wierzysz Bogu mimo tego, że nie oszczędził Cię przed cierpieniem?
    Myślę, że to nie jest współczucie. Ludzie obserwują mnie i pragną mieć takie zaufanie do Boga, jakie ja mam. Oni też tego szukają, ale nie potrafią znaleźć. Wtedy ja mogę powiedzieć, że mogą zrobić to samo, co ja, oddać swoje życie Bogu.

    Jakie masz plany na przyszłość?
    Naszym marzeniem jest wrócić do Koła. Tutaj czujemy się potrzebni, z Kołem jesteśmy związani emocjonalnie: rodzina, przyjaciele, domowe grupy biblijne. Ameryka poradzi sobie bez nas. Czekamy na Boże wskazówki, jesteśmy do Jego dyspozycji.

    Nie lepiej jest zostać w Stanach?
    Nie jest lepiej. Nie wyjechaliśmy do USA w poszukiwaniu lepszego życia, ale z powodu syna. Chcieliśmy, by kontynuował edukację w szkole chrześcijańskiej. W tym roku nasz syn skończył szkołę średnią, rozpoczyna studia na chrześcijańskiej uczelni. Pan Bóg wykorzystał mój pobyt w Stanach, prowadzę domową grupę biblijną z Polkami, uzdolnił mnie do prowadzenia grupy Amerykanek, choć wydawało mi się to niemożliwe z moją znajomością angielskiego. On jest większy od naszych ograniczeń.

    Jak łączysz bycie mamą, żoną i powiernicą wielu kobiet? Nie jesteś tym zmęczona?
    Fizycznie częściej niż duchowo. Wiele z tych historii jest trudnych i przytłaczających. Wiem, że nie zawsze mogę pomóc, ale zawsze mogę wysłuchać i modlić się. Tylko Pan Bóg może przemienić czyjeś życie. Nie wypalam się, nie jestem zniechęcona, bo Bóg jest moim akumulatorem. Chcę każdego dnia być świadectwem choć dla jednej osoby. Są momenty, że potrzebuję być z dala od ludzi i daję sobie czas na odpoczynek. Mam też mentorki, mogę z nimi rozmawiać i modlić się.

    Masz jakąś myśl, sentencję, credo, które zawsze powtarzasz sobie i innym?
    Pierwsza: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (List do Filipian 4,13) – w Chrystusie. Druga: „U Boga wszystko jest możliwe” (Ewangelia Mateusza 19,26). Nawet jeśli czegoś nie rozumiem, to nie ma to znaczenia, bo Bóg jest ponad wszystkim. I mam moc w Nim. Każdy może mieć taką moc. Pokój i radość mogę mieć tylko w Chrystusie.

    Co powiesz kobietom, które w tej chwili cierpią z jakiegoś powodu?
    Dla mnie lekarstwem są wiara i zaufanie Bogu. To po pierwsze. Po drugie, poznawanie Boga przez codzienne czytanie Biblii i trzymanie się Jego obietnic. A kobietom, które żyją z Bogiem, ale słabną w wierze, radzę znaleźć dojrzalszą od siebie Bożą kobietę, by razem studiować Słowo Boże i modlić się. Niech proszą o jedną taką osobę, a Bóg na pewno postawi ją na ich drodze.

    Dziękuję!

     

    Losy ludzkie są różne. Są tacy, którzy mocno przeżywają trudności, choć emocje mogą być nieadekwatne do sytuacji. Są też tacy, którzy mimo bólu wewnętrznego nie wydadzą z siebie ani jednego jęknięcia podkreślającego ich położenie. W końcu to nie przysłowiowa ślepota czyni człowieka nieszczęśliwym, ale opinia ślepego o jego kalectwie…

    Inspirują mnie ludzie, którzy potrafią patrzeć wyżej, poza horyzont, gdzie tylko duchowy „zoom” dostrzega to, co niewidzialne dla fizycznych oczu. Z obserwacji wynika, że wyzwala się wtedy energia do działania, pochodząca z Bożego serca. Daje to też nadzieję na przyszłość. Z kolei czekanie na realizowanie się planów Bożych to po prostu wejście w Jego obietnice. Przechodzą mnie przyjemne dreszcze na myśl, że są one dostępne dla każdego, kto pragnie relacji z Bogiem!

  • Tematyka: poetycko

    BWO czyli VIP

    Historia prawdziwa

    Poznaliśmy się na organizowanym przez miasto spotkaniu twórców. Kierowaliśmy się ewangeliczną zasadą skromności. Usiedliśmy więc przy rzędzie stołów w bezpośrednim sąsiedztwie drzwi wyjściowych. Ku naszemu zaskoczeniu miejsce to okazało się honorowym miejscem, czyli stołem prezydialnym. Na uwagę organizatorów, która dotknęła naszą wrażliwość, dołączyliśmy upokorzeni do rozbawionego już towarzystwa.

    Mój nowy znajomy okazał się człowiekiem o szerokich horyzontach. Podlegał jednak klinicznej diagnozie człowieka społecznie nieprzystosowanego. Poza tym nie klasyfikował ludzi, tak jak ja, na różne nisze kulturowe, kasty, partie. Chociaż mnie samego uznał za barbarzyńcę. On, akademia umysłu, artysta, miał prawo. Zdawał się imponować nie tylko mnie. Biblioteką na poziomie. Dobrymi inicjatywami, łagodnością. Dobrym pochodzeniem, tolerancją. Urósł w mieście do nieoficjalnego guru. Rozpolitykowany prowokował śmiałością rzucanych prawd. Rozdrażniał, rodził bunt. Inspirował. Jego krzywdzący portret można odnaleźć w jednej z nihilistycznych książek.

    Spotkaliśmy się po latach przypadkowo na koncercie. Przyjeżdżali tu młodzi dla odnowy duchowej. Nas starych nęciła bardziej muzyka – superowa transmisja. Rozmowy to przeglądanie się w lustrze, poznawanie samego siebie – chciałem mu rzucić na powitanie zasłyszaną sentencję. Gadałem i gadałem. A postanowiłem milczeć. A jeśli będę się odzywał, to niech to będzie proste i jasne. Tak, jak jego haiku, które uprawia oprócz fotografii.

    Już nie zasiadasz za prezydialnym, jak wówczas?

    Nigdy nie zasiadałem, aby być wolnym człowiekiem. Ty wiesz co to jest wolność? Stać cię na coś takiego?

    No, w pewnym sensie stać mnie na wolność. Ale ogranicza mnie przyzwoitość. Swawola nie jest w dobrym tonie.

    W dobrym tonie, mówisz. To nie jesteś dzikusem?

    A ty już nie jeździsz z młodymi do Taize?

    Ekumeniczne meetingi mamy w okolicy, jak wiesz. Brata Rogera już tam nie ma, ale…

    Ale jako alternatywę masz budowanie pagody buddyjskiej.

    A co ty o tym wiesz!

    Albo uczestnictwo w targach erotycznych…

    To było dawno. Każdy poszukuje radości życia na swój sposób. Hedonistyczny. A tak na serio, to co mi imputujesz?!

    Wolność. Usiłuję cię zapytać o twoją wolność. Bo ja mam z nią problemy. Nie umiem poradzić sobie z pokusą…

    Jesteśmy skazani na kobietę.

    Nie o tym chciałem. Nie o matce, utraconej miłości, kolejnej znajomości, o zamkniętych rozdziałach. Dlaczego każdy nasz wybór, decyzja, ruch tyle nas kosztuje? I albo to my skrzywdzeni jesteśmy, albo sami krzywdzimy innych…

    Właśnie mnie wyróżniono vipowskim zaproszeniem na kolejną ważną imprezę. Nie dokonuję wyborów. To się stanie albo nie.

    Usiądziesz tym razem legalnie do prezydialnego stołu?

    Właśnie! Usiądę, albo i nie usiądę. Zawsze są dwa wyjścia. Jak usiądę…

    To będziesz bardzo ważną osobą.

    Każdy nią jest. Każdemu należny jest szacunek. Godność.

    Jako ważnemu będziemy ci okazywać szorstkość poważania pomieszaną z nieuświadomioną sobie zazdrością.

    Mało mnie to obchodzi.

    Nie zależy ci na tym, by być na górze?

    Zawsze byłem na górze. Jak człowiek fizycznie mieszka na górce, na piętrze, musi, powinien z tej górki zejść, aby nie być sam. Aby być potrzebnym.

    Będąc na świeczniku, masz szansę oświecić przyjaciół, pchnąć w stronę mądrości.

    Powtarzam. Trwam w rozważaniu. Chcę podjąć właściwą decyzję. Rozumną. Niezależną.

    Obawiasz się jarzma odpowiedzialności?

    Raczej robienia za autorytet. Zdewaluowała się definicja wzorca, uczciwego człowieka.

    Usiadłem z tobą, bo też otrzymałem propozycję uczestniczenia w ważnym projekcie. I czuję się wyróżniony, doceniony. Na takich zakrętach dodaję gazu. Wychodzę na prostkę. To jest piękne.

    I naiwne…

    Ja już wybrałem.

    Nasz dialog przerwał zespół swoją ważną obecnością na scenie. Zagłuszył nasze słowa, emocje, szpileczki toksycznych ripost.

    Dotarło do mnie, że zbyt pochopnie sięgnąłem po szansę społecznego zaistnienia. Teraz będę jak fejsbukowy idol czekał na kolejne lajki swego sukcesu jako warunku istnienia. I skazany będę uznawać bardzo szczegółowo wszelkie pisane i niepisane normy. Teraz obowiązują mnie świeże koszule i czyste buty. Proste spojrzenie i przejrzyste myśli. Chciałem o tym powiedzieć. I o tym, że są zakręty, które zobowiązują. Awanse, które powinno się pogłębiać, pnąc w górę. Bo każdy z nas jest bardzo ważną osobą.

    29.08.2016 r., Pustelnia na Kamieńcu

  • Tematyka: Już rozumiem
    Danuta Mendroch

    Danuta Mendroch

    fizjoterapeutka

    Gdybym wygrała

    Późne lato to dobry czas, kiedy dojrzałość powinna dawać siłę.

    fot. Marcin Kolanko

    fot. Marcin Kolanko

    Jest wrzesień, prawie połowa, ale niespodziewanie jak na tę porę roku zrobiło się ciepło. Jak przyjemnie! W sierpniu nie było takich ciepłych wieczorów, nareszcie można posiedzieć i nie zmarznąć na koniec dnia. Nie chcę martwić się, że lato minęło, że przyjdzie jesień i będę się zmagać z przygnębieniem. Chwilo trwaj! Wystawiam twarz do słońca, nie myślę o zmarszczkach, których mi po takiej przyjemności przybędzie, pływam w coraz chłodniejszej wodzie w jeziorze i obiecuję sobie, że dopóki woda nie pokryje się lodem, nie odmówię sobie tego szaleństwa i przyjemności.

    Tak, w późnym lecie życia, kiedy troska o dorastające dzieci przycicha, a za rogiem stoi jesień, a za nią zima, odkrywam, przyglądam się sobie, swoim pragnieniom, doceniam chwile, pielęgnuję drobne radości, staram się znaleźć czas na nie. Praca zawodowa zabiera mi większą cześć dnia, ale nie narzekam. To moja pasja. Ciągle się uczę, mam świadomość, że już coś tam potrafię i to sprawia mi satysfakcję. Doświadczam jednak coraz większych ograniczeń i bywają one dla mnie niemiłą niespodzianką. Żegnajcie, zarwane noce, wysokie ciśnienie czuwa… (to jedna z nich).

    Coraz mocniej dociera do mnie, że wszystko, co ma swój początek, musi mieć i koniec. Boleśnie dotyczy to relacji, końca życia. Przychodzi wiele refleksji, lęków, smutku, trzeba się z nimi zmierzyć, przepracować, nie zamieść pod dywan, nie odwlekać do jakiegoś jutra. Późne lato to dobry czas, kiedy dojrzałość powinna dawać siłę. Oczywiście różnie z tym bywa i sama nie wiem, czy mi jej wystarczy w trudnej sytuacji. Pamiętam dorosłą kobietę, bardzo smutną, która nie sprostała doświadczeniu. Opowiadała mi, że jej mama umierała w szpitalu, pielęgniarka wielokrotnie do niej dzwoniła, a ona nie poszła jej odwiedzić. To była bardzo smutna opowieść, wracam do niej myślami.

    Jadąc niedawno autobusem, słyszałam historię, którą opowiadał pewien mężczyzna. Wspominał swoje dorosłe życie, kiedy z braćmi i siostrami przyjeżdżali odwiedzić rodziców.

    Sercem domu była mama, życie skupiało się wokół niej, tata gdzieś z boku, wypijało się z nim czasem lampkę koniaku. Po iluś latach ojciec umarł. Okazało się, że rodzina ma już sobie niewiele do powiedzenia. Relacje z rodzeństwem prawie się rozpadły, mama nie podniosła po tej żałobie. Mężczyzna mówił, że zdał sobie sprawę, poczuł, że wszystko skupiało się wokół ojca… On był ich motorem, siłą, on ich skupiał.

    Patrząc wstecz, widzę swoje porażki, dzięki którym dojrzewałam, zwycięstwa, dzięki którym się rozwijałam, wiele dni, które nie wiedzieć jak i kiedy przerodziły się w tygodnie, miesiące, lata. Piękny czas, ale nie chciałabym przeżywać go od nowa. Mam poczucie wykorzystania go, sytości.

    Bywa, że kupuję kupon gry liczbowej. Gdybym wygrała… myślę, że niczego bym w swoim życiu nie zmieniła. Uświadamiam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa.

  • Tematyka: medycznie
    lek. med. Adrian Kotas

    lek. med. Adrian Kotas

    neurochirurg

    Męski kryzys

    Męski kryzys
    fot. Volker Stetter

    Niewątpliwie czas wieku średniego to wyjątkowy czas w życiu mężczyzny.

    Kryzys wieku średniego jest dlatego,
    że dotarłeś na szczyt drabiny i widzisz,
    że była ona oparta o niewłaściwą ścianę.
    John Scherer

    Życie każdego człowieka można podzielić na różne etapy i okresy. Każdy z tych okresów charakteryzuje się swoistym tempem rozwoju fizycznego i psychicznego. Charakterystykę poszczególnych okresów definiuje psychologia rozwojowa. Zajmuje się ona badaniem wzrostu, rozwoju i zmian w zachowaniach ludzi od poczęcia do śmierci.  Dokładnie opisuje zachowania człowieka w poszczególnych momentach rozwoju, a tym samym szuka przyczyn i procesów powodujących te zmiany.

    Jednym z takich okresów jest średni okres dorosłości, lepiej znany jako wiek średni, który przypada na lata 35-50. Wyjątkowość tego okresu znana jest bardziej ze zjawiska określanego w popkulturze jako kryzys wieku średniego. Problem ten dotyka głównie mężczyzn i zostanie omówiony w tym aspekcie.

    W literaturze medycznej, a bardziej psychologicznej zjawisko kryzysu wieku średniego zaczęło pojawić się w latach 60 tych XX wieku. Psycholog Elliott Jaques jako jeden z pierwszych badał życie artystów, gdyż zauważył, że częściej zapadają na depresję po ukończeniu 35 roku życia i nie ma to związku z wrażliwością emocjonalną artystycznej duszy, a raczej obawą przed nieuchronnym przemijaniem.

    Freud i  Lechman nie za bardzo popierali tę teorię, ponieważ nie dostrzegali problemu kryzysu u szerszej grupy społeczeństwa a zawirowania w życiu artystów tłumaczyli dramatyzowaniem przez artystów swojego życia. Późniejsi badacze bardziej skłaniali się ku wnioskom Jaquesa. W badaniach szerszej grupy dostrzegali życiowe zawirowania u mężczyzn po 35 roku życia.

    Problem kryzysu w wieku średnim dostrzegano nawet w średniowieczu. Zwłaszcza u zakonników określano gnuśnością albo acedią duchową (skwaszeniem duchowym) depresję, która atakowała ich po 40 roku życia.

    43 letni Paul Gauguin porzucił rodzinę, karierę bankową i wyjechał do Polinezji, by tam wieść życie artysty. Gioachino Antonio Rossini, włoski kompozytor porzucił operę, twierdząc, że „Wszyscy pracują dla trzech rzeczy: sławy, złota i przyjemności. Sławę już mam, złota mi nie trzeba, a przyjemności już dawno mnie znudziły”. Po 40. roku życia Ronald Reagan porzucił Partię Demokratyczną i stał się konserwatywnym republikaninem. W połowie czwartej dekady życia brytyjski piosenkarz Cat Stevens został muzułmaninem, z kolei Leonard Cohen – buddystą.

    Z powyższych przykładów wynika że okres wieku średniego jest niewątpliwie trudnym czasem w życiu mężczyzny. Ale też są tacy, którzy twierdzą, że kryzys wieku średniego to wymyślony twór, wytłumaczenie czy wręcz usprawiedliwienie zachowań irracjonalnych, ryzykownych.

    W środkach masowego przekazu ukazuje się bardzo dużo różnorodnych artykułów, felietonów i wywiadów dotyczących kryzysu wieku średniego. Co można z nich wywnioskować?

    Stajesz się megalomanem? Zachowujesz się jak hipochondryk? Prześladuje cię obsesja wyglądu i sprawności seksualnej? Zacząłeś być przesądny? Masz ochotę rozpocząć życie od nowa, rzucić dom i żonę? Chcesz się przespać z córką kolegi, chociaż wcześniej traktowałeś ją jak kogoś z rodziny? Jeżeli na jedno z powyższych pytań odpowiesz twierdząco, to niewątpliwie dopadł cię kryzys wieku średniego.

    Niewątpliwie czas wieku średniego do wyjątkowy czas w życiu mężczyzny. Według psychologii rozwojowej to najdłuższy okres dorosłego mężczyzny. Czas pełen sprzeczności. Od sukcesów do niepowodzeń, zabawy i smutku, produktywności i stagnacji, czas podsumowań i refleksji. Jednak najczęściej to życie „z górki”.

    W każdym okresie życia zachodzą zmiany, które obejmują sferę biologiczną (sprawność fizyczna), społeczną (zmiany związane ze stosunkiem do innych ludzi) oraz poznawczą (zmiany zachodzące w myśleniu, pamięci, rozwiązywaniu problemów, ambicje). W wieku średnim również zmiany tego typu zachodzą, z tą różnicą, że one niestety nie są zmianami korzystnymi. Tutaj uwidaczniają się pierwsze symptomy starzenia.

    W sferze biologicznej zaczynają pojawiać się objawy andropauzy, jak: przerzedzenie owłosienia głowy, zmniejszenie masy mięśniowej nawet o 25%, przyrost masy tłuszczowej, choroby sercowo-krążeniowe, zaburzenia erekcji, spadek pożądania seksualnego czy mniejsze zadowolenie z życia seksualnego. Ponadto występują objawy ogólnego osłabienia, zaburzenia snu, apetytu, uderzenia gorąca.

    W sferze psychicznej obserwuje się kłopoty z pamięcią i koncentracją, drażliwość, nerwowość, irytację, mniejsze zadowolenie z życia, odczuwanie niepokoju i lęku.

    W życiu społecznym również można zauważyć znaczące symptomy. W rodzinie a zwłaszcza w małżeństwie pojawia się rutyna, nuda, zwłaszcza w sferze intymnej. Dorastające dzieci podkreślają problem przepaści pokoleniowej. Zaczyna pojawiać się problem pustego gniazda lub przeciwnie – gniazda przepełnionego wnukami, które jednoznacznie przypomiją o starzeniu.

    Również w pracy pojawiają się problemy. Zadowolenie, stabilizacja, prestiż, a z drugiej strony konieczność zmiany pracy wymuszona nudą, znużeniem, słabymi zarobkami, czy blokowaniem awansu.

    Pojawia się problem wypalenia zawodowego, wyczerpania emocjonalnego i umysłowego spowodowanego długotrwałym stanem napięcia z powodu zagrożenia wyparciem przez nowe pokolenie. To z kolei może prowadzić do pracoholizmu, oceny czy podsumowania kariery. Czasami konieczne jest przewartościowanie celów, ambicji czy aspiracji zawodowych.

    W wieku średnim dużym problemem staje się sfera intymna mężczyzny. Powiedzenie ludowe głosi: „Głowa siwieje – d… szaleje”. Jacques Gauthier, autor książki Kryzys czterdziestolatka, uważa, że współcześni mężczyźni w wieku średnim są ofiarami tyranii młodości. Narzekanie na związek ze stałą partnerką, obwinianie jej za monotonię w związku nie jest rzadkim problemem. U co piątego mężczyzny znudzenie partnerką kończy się zdradą bądź porzuceniem jej dla młodszej kobiety. Decydując się na młodszą partnerkę, dojrzały mężczyzna uważa, że się odmładza, udowadnia sobie, że jest wciąż sprawny i atrakcyjny. To wiąże się z obsesyjnym zainteresowaniem czy fascynacją młodszymi kobietami.

    Objęty kryzysem umysł mężczyzny objawia się poprzez podejmowanie nagłych, niezrozumiałych decyzji. Sprzedaje dom, zmienia miejsce zamieszkania, rzuca pracę. Pojawiają się zainteresowania używkami, jak alkohol, narkotyki czy leki. Dokuczają zaburzenia nastroju, przygnębienie, wyczerpanie, depresja. Przeszłość jest mitologizowana. Zaczyna się obsesyjne dbanie o swój wygląd i zdrowie. Częste wizyty na siłowni, u kosmetyczki, w sklepach z firmowymi, młodzieżowymi ubraniami. Legendarnym syndromem kryzysu stało się czerwone ferrari. Mężczyźni po czterdziestce coraz częściej demonstrują wigor i siłę, uprawiając sporty ekstremalne, kupując szybkie motocykle i sportowe samochody.

    Wiek średni to permanentna walka z powolnym przygotowywaniem się do emerytury oraz ogólnie – do starości. Kryzys to same negatywy: lęk i permanentny stres, poczucie nieskuteczności, niezrealizowane młodzieńcze marzenia, nieudane dokonania czy depresja. Skoro kryzys dotyka wszystkich, lecz z różnym natężeniem, jak zatem mu się oprzeć lub walczyć z nim? Ważna jest zdolność przewartościowania z ponownym przystosowaniem się do otoczenia.

    Realizm życia z wyrzeczeniem marzeń czy przewartościowaniem planów czasem jest jedynym sposobem walki z kryzysem. Czasem pomaga przeczekanie problemu. W innych przypadkach potrzebne jest leczenie psychiatryczne. Najważniejsza jednak jest analiza priorytetów.

    Jeden z wybitnych psychologów dwudziestego wieku Viktor Frankl twierdził, że „odnalezienie sensu ma uzdrawiający wpływ na ludzką psychikę. Dzięki duchowości odkrywamy sens swojego życia i ustalamy rzeczywiste priorytety. Stąd też dopóki sfera duchowa nie stanie się scalającym centrum naszej osobowości, dopóty pozostajemy w dużym rozproszeniu”. Czego zatem szuka czterdziestolatek? Sensu życia. Brzmi banalnie, ale o to chodzi.

    „Kryzys wieku średniego jest w istocie kryzysem tożsamości mężczyzny. Jeśli wie, jaką rolę chce dalej odgrywać, wychodzi z niego cało, jeśli pozwala, by wszystko w jego życiu było płynne, kończy tragicznie albo staje się pośmiewiskiem” – powiedział Rollo May, amerykański psycholog i psychoterapeuta, główny przedstawiciel psychologii egzystencjalnej.

  • Tematyka: Już rozumiem
    Anna Swanson

    Anna Swanson

    gospodyni domowa

    Po latach

    Po latach
    fot. Natalia Iskrzycka

    Czasami musisz po prostu iść bez względu na wszystko, po prostu musisz iść!

    Ile ma Pani lat?
    83

    Pani pierwsze wspomnienie?
    W czasie Świąt Bożego Narodzenia, miałam chyba ze dwa latka, dostałam od Mikołaja kolejkę elektryczną. Pamiętam, że mój tata i jego wujek rozłożyli ją w moim pokoju i bawili się całe popołudnie! Śmiali się i mieli niezły ubaw. Tata co roku dokupował do tej kolejki wagony i w końcu mieliśmy pięć różnych wagoników z małymi lampkami.

    Może mi Pani opowiedzieć o D.?
    Była moją czwartą córką. Cudowne, słodkie dziecko z pięknymi blond lokami. Jej włosy kręciły się bardziej niż pozostałych dziewczynek, wyglądały jak złote pierścienie. Do tego te błękitne oczy! Wyglądała jak lalka.

    Była nie tylko ładna….
    Zgadza się, była też bardzo utalentowana. Uczyłam baletu i wszystkie córki chodziły na moje lekcje. Kiedy D. miała 3 latka, jej dziadek przyjechał w odwiedziny. U nas w mieście były wtedy występy i D. sama zatańczyła układ do całej piosenki. Wiedziałam, że ona sobie da radę. Wykonała to idealnie. Była przebojowa!

    A później?
    Z czasem przerodziła się w prowokatorkę. Myślę, że wiele rzeczy, które zrobiła, były po to, by zwrócić na siebie uwagę. Miała może 10 czy 12 lat, gdy zupełnie przestała o siebie dbać. Nie myła się, nosiła stare ubrania, nie myła nawet zębów. Po prostu cuchnęła i nic ją to nie obchodziło. Siostry nie chciały przebywać z nią, nie chciały spać z nią w pokoju, bo naprawdę śmierdziała, a ona miała to w nosie. Nic nie skutkowało, więc w końcu wysłałam ją do mojej mamy. To ją zmieniło. Moi rodzice ją strasznie kochali. Może D. potrzebowała tej czułości i poświęconego jej czasu.

    Nie miała Pani dla niej wiele czasu?
    Miałam pięcioro dzieci i pracowałam na całym etacie. Mój mąż zaczął pić i to przerodziło się w nałogowy alkoholizm. Stracił pracę i cały czas spędzał  z koleżkami z baru, często przyprowadzał ich również do domu. Był zupełnie nieobliczalny. Alkoholik nie dba o nic poza kolejnym drinkiem. Próbowaliśmy różnych odwyków, ale jak wychodził z leczenia, to od razu szedł do baru. Na niczym mu nie zależało. W końcu nie mogłam dłużej tego znieść i rozwiedliśmy się. Może D. starała się o jego zainteresowanie? Może dlatego zawsze wpadała w tarapaty?

    Próbowała jej Pani pomóc?
    Oczywiście, ale ona zawsze miała w sobie ten ogienek: „spróbuję tego!”, nieważne czym „to” było. Można ją było namówić do wszystkiego i ona na to szła. A ja nie byłam w stanie się na nią złościć, była do tego tak strasznie słodka! Jednej zimy dostała nowe buty. Chłopcy ze szkoły przybiegli, krzycząc: „Proszę Pani, D. ugrzęzła w błocie!”. Musieliśmy po nią biec i wyciągać wpierw ją, a potem te buty! Wszyscy wiedzieli, żeby omijać to miejsce, ale D. lubiła się popisywać. Myślę, że to nastawienie: „spróbuję!” doprowadziło ją do narkotyków. Nie miałam zielonego pojęcia, że ona czegoś używa. Nie wiedziałam, jakie są oznaki tego, że ktoś bierze. Kiedy wyszła za mąż, miała 21 lat i nic na to nie mogłam poradzić. Kupili dom i mój drugi mąż i ja poszliśmy ich odwiedzić. Oni wszyscy palili marihuanę, a ja nie wiedziałam, co się dzieje. Mąż oznajmił: „Musimy stąd iść, bo jak przyjdzie policja, to będziemy w wielkich tarapatach”. Byłam w kompletnym szoku. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Byłam totalnie głupia!  Córki musiały coś wiedzieć, ale żadna nigdy ani nie pisnęła. Nikt mi nic nie powiedział. Zła jestem na siebie, że byłam taka naiwna!

    Jak poznała swojego męża?
    Tankując gaz, bo on miał własną stację benzynową. Tak się poznali. Nie byłam z tego zadowolona, bo on był rozwiedziony i był starszy niż jej własny ojciec. Ale ona go kochała do nieprzytomności. Nie chciałam iść na ich ślub, ale moja mama przekonała mnie, że jeśli nie pójdę, to zupełnie ją stracę. Pamiętam, powiedziała mi: „Musisz zaakceptować to małżeństwo i zaakceptować jego”. Więc poszłam. I myślę, że cała rodzina go zaakceptowała, naprawdę zaakceptowała.

    Co się działo po ślubie?
    Przeprowadzili się do Stanu Kolorado. Byłam temu przeciwna. Moje pozostałe córki mieszkały blisko mnie. Ale ona była uparta i postawiła na swoim. Była tak strasznie na mnie zła za to, że się rozwiodłam z jej tatą. Potem złościła się na mnie, bo nie chciałam się za nią przeprowadzić do Kolorado.

    Było im tam lepiej?
    (Westchnięcie) Oboje brali narkotyki. On jednak był w stanie brać i potem przestać. Ona nie. Może gdyby się nie przeprowadzili do Kolorado, moglibyśmy jej pomóc? A może nie. Jej pociąg do narkotyków był tak samo mocny jak jej taty do alkoholu. Nawet kiedy wszystko stracił, nie był w stanie przestać pić.

    Pracowała?
    Miała świetną pracę, kochała to, co robiła. Ludzie ją bardzo chwalili. Nie wiem jak ani kiedy, ale oprócz marihuany zaczęła brać mocniejsze narkotyki. Nawet nie wiem, co brała. Pewnego popołudnia jej mąż zadzwonił, że D. jest w szpitalu. Bali się, że popełni samobójstwo. Po kilku tygodniach wydawało się, że jest lepiej.

    Ale nie było?
    Była niedziela wieczorem. Jej mąż zadzwonił i powiedział: „D. nie żyje”. Znalazł ja w hotelu, była martwa od 24 godzin.

    Jak Pani zareagowała?
    Chciałam, żeby ją przywiózł tutaj, do mnie. Ale on się nie zgodził. Chciał, żeby była pochowana tam. Byłam wściekła. To była moja córeczka, moje dziecko! Chciałam powiedzieć: „Natychmiast mi ją tutaj przywieź! Zaraz zadzwoniłam do pozostałych córek i wszyscy przyjechali do mnie. Pomagałam w kościele i z księdzem byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Zadzwoniłam więc do niego i on też natychmiast przyjechał. Moja córka umarła, do jasnej cholery! Wszyscy byli u mnie w domu, byliśmy w totalnym szoku. Pamiętam, że ksiądz zrobił nam kanapki z serem, żebyśmy cokolwiek zjedli.

    Czy pogrzeb odbył się w Kolorado?
    Powiedziałam, że tam nie pojadę! Byłam wściekła, absolutnie nie chciałam tam jechać.
    Znajomy z kościoła zadzwonił i powiedział: „Musisz jechać! Mój ojciec umarł na wojnie, a ja byłem tak strasznie na niego zły, że nie pojechałem na jego pogrzeb. Do dzisiaj tego żałuję. Jedź, bo sobie tego nigdy nie wybaczysz!”. Jestem mu strasznie teraz wdzięczna, bo miał rację. Czasami musisz po prostu iść bez względu na wszystko, po prostu musisz iść!

    I poszła Pani?
    Raczej pojechałam. Ktoś z kościoła pożyczył nam ogromny bus i chyba ośmioro z nas pojechało do Kolorado. Jechaliśmy przez 2 dni jakimiś strasznie wąskimi drogami. Wszyscy byliśmy zestresowani.

    Ja czułam jakby realne zło mnie otoczyło. Prawdziwy “zły” zabrał mi córkę i teraz był wszędzie dookoła mnie. To zło było prawie namacalne. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się ze mnie naśmiewał: „Mam twoją córkę, zobaczymy, co jeszcze mogę zrobić”. To było straszne.

    Co Pani zrobiła?
    Nic. Strasznie się bałam, jednak nie byłam w stanie określić, czego się boję. To zło było jak kolejny pasażer. Kiedy dotarliśmy wreszcie na miejsce cała reszta rodziny też przyjechała, był tam też mój były mąż. Byliśmy wszyscy razem i to mnie jakoś uspokoiło.

    Pogrzeb?
    Pogrzeb był następnego dnia. Na początku wydawało mi się, że się trzymam i nagle zupełnie się rozsypałam. Jedyne, co mogłam robić, to postawić jedną stopę przed drugą. Najdziwniejsze było to, że mój były mąż powiedział: „Może powinniśmy się pomodlić?”. On! Nigdy bym się tego po nim nie spodziewała. Pomodliliśmy się. I to pomogło! Naprawdę pomogło. Nie czułam już tej goryczy do męża D. Nie umarła z jego winy. Przeokropne zło doprowadziło do jej śmierci.

    Nie byłam zachwycona pogrzebem, ale przynajmniej miała pogrzeb. I zostawiłam ją tam, na cmentarzu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale jakoś przez to przeszłam, przeżyłam to. Kiedy wróciliśmy do Stanu Michigan, zrobiliśmy własny pogrzeb, taki jaki chciałam. Wszyscy nasi przyjaciele, znajomi i sąsiedzi przyszli. Wszyscy, którzy ją znali, byli. Nawet jej mąż przyleciał. To był wspaniały pogrzeb, jeśli można tak o pogrzebie powiedzieć.

    Co w tym wszystkim było najtrudniejsze?
    Nie wiem, czy trudniejsze było usłyszenie, że ona nie żyje, czy może pozostawienie jej w grobie. Musiałam po prostu odejść. To było takie ostateczne, to był koniec. Nie mam jej już.

    To jest ogromny ból…
    Cały czas się zastanawiałam, co do tego doprowadziło, czy to była moja wina? Wszyscy popełniamy błędy. Czasami myślałam, że gdybym to czy tamto zrobiła czy powiedziała… Ale przeszłości się nie da zmienić. Na świecie istnieje zło i ono nas czasami otacza. Naprawdę czułam to zło. Staram się powiedzieć ludziom: „Jeśli nie wierzysz w to zło, popełniasz wielki błąd”. Ono jest wszędzie.

    Co pomogło przezwyciężyć to zło?
    Nam pomogli ludzie z kościoła. Po śmierci D. byłam w stanie popełnić samobójstwo. Myślałam o tym, by zawinąć się w koc, jęczeć i płakać do końca życia. Ludzie przychodzili z jedzeniem, sprzątali mój dom, trzymali mnie za rękę, sprawdzali, jak sobie daję radę. Jedna Pani przyszła i tylko przy mnie siedziała, nie powiedziała ani słowa. Po prostu była ze mną.

    A jak zareagował mąż D.?
    Wrócił do Kolorado, ale ja zawsze posyłałam mu kartki na urodziny, na każde Święta Bożego Narodzenia posyłałam mu prezenty. Po kilku latach zapytał mnie: „Dlaczego to robisz? Dlaczego jesteś ze mną w kontakcie? Po co te prezenty na święta?”. „Bo Cię kochamy ” – tylko tyle byłam mu w stanie odpowiedzieć: „Kochamy Cię, bo kochałeś D.”.

  • Tematyka: teologicznie
    Jerzy Sojka

    Jerzy Sojka

    doktor teologii ewangelickiej, wykładowca akademicki

    Nie jestem dobry

    Nie jestem dobry
    fot. Dawid Macura

    …spaczony rozum ludzki pomija to, co oczywiście stoi mu przed oczami i twierdzi, że natura ludzka jest dobra, choć codziennie widać, jak wiele potworności dzieje się za sprawą ludzi.

    Czwarta z dysput przygotowanych przez Marcina Lutra w latach 30. XVI wieku na temat Listu do Rzymian 3,28 jest łączona z trzecią, pod wspólnym tytułem „O usprawiedliwieniu”. O ile trzecia skupia się na podstawie procesu usprawiedliwienia (zbawieniu) człowieka, to czwarta w 33 tezach koncentruje się na właściwej diagnozie wstępnej dotyczącej stanu człowieka. Dochodzi ona do głosu już w pierwszej z tez: „Pod pojęciem usprawiedliwionego człowieka rozumie się grzesznika, który ma stać się wolny od grzechu”. Dlaczego jednak tak istotna jest diagnoza usprawiedliwionego jako grzesznika, dowiadujemy się z kolejnej tezy, która w odwołaniu do Ewangelii Łukasza 5,31 głosi, że zdrowy nie potrzebuje lekarza. Tym samym jeśli można by człowieka uznać za sprawiedliwego to nie będzie on potrzebował Bożego ratunku.

    W tezie trzeciej M. Luter przywołuje jedno z kluczowych założeń swojej teologii, która przedstawiona była szczegółowo już w trzeciej z dysputacji, a mianowicie, że człowiek własnymi zasługami nie może zyskać sprawiedliwości przed Bogiem. Z tym łączy się pytanie, które staje się punktem wyjścia dla refleksji w kolejnych tezach (4-6). Brzmi ono, co zatem pragnie osiągnąć człowiek swoimi „zasługami” przed Bogiem? „Zasługami”, które są faktycznie czynami grzesznika, grzechami. To, że człowiek próbuje pokładać nadzieję we własnych uczynkach, wynika z faktu, że brak mu właśnie właściwej diagnozy własnej sytuacji. To zaś bierze się z braku wiedzy ludzi o grzechu pierworodnym i jego znaczeniu dla sytuacji człowieka. Dla M. Lutra jest oczywistym, że przy braku właściwego zdiagnozowania choroby niemożliwym jest dobranie właściwego lekarstwa.

    W kolejnych tezach (7-11) Marcin Luter przedstawia swoje rozumienie istoty grzechu pierworodnego. Kluczem do jego zrozumienia jest brak wiary w Jezusa Chrystusa – Ukrzyżowanego. Właśnie brak wiary jest dla Reformatora jądrem grzechu pierworodnego, który po upadku Adama jest wrodzony wszystkim ludziom. Znaczy to, że jest to rzeczywiste zepsucie człowieka, jego natury, które tożsame jest z niewłaściwą postawą wobec Boga, postawą braku wiary, która czyni człowieka przed Bogiem winnym. Grzech pierworodny nie jest tylko czymś nieznaczącym, z czym człowiek może poradzić sobie własnymi siłami, jeśli tylko da dojść do głosu istniejącemu w nim dobru. Marcin Luter odrzuca taką pozytywną diagnozę sytuacji człowieka, gdyż w relacji do Boga kluczowym jest stosunek człowieka do żądania pierwszego przykazania Dekalogu, które domaga się wiary. Postawa niewiary prowadzi zaś do niepewności, odwrócenia się od Boga i negowania obietnic, które opierają się na tym, że Chrystus jest Zbawicielem. Taka grzeszna postawa, sprzeczna z pierwszym przykazaniem, pociąga za sobą wszelkie następne grzeszne czyny, które są jedynie skutkami i urzeczywistnieniem zasadniczej grzesznej postawy niewiary człowieka.

    W tle tych rozważań Marcina Lutra stoi polemika z twierdzeniami na temat grzechu pierworodnego, jakie reprezentowała średniowieczna teologia. To właśnie średniowieczni teologowie ze swoim nauczaniem zdaniem Reformatora przyczyniali się do tego, że świat nie znał właściwej diagnozy grzeszności człowieka. W kolejnych tezach dysputy (12-19) Reformator wskazuje, które z poglądów teologii scholastycznej są sprzeczne z wyżej zarysowaną nauką o grzechu pierworodnym. Pierwszy zarzut kierowany w stronę scholastyków nie odnosi się do konkretnych twierdzeń, ale ma charakter bardziej ogólnej natury i odnosi się do tego, jaki owe poglądy mają wpływ na właściwe poznanie sytuacji człowieka. Spoglądając z tej perspektywy, Marcin Luter wytyka scholastykom, że po pierwsze podchodzili do kwestii zbyt lekceważąco, a ponadto ich nauczanie było zbyt niejasne. Oba te zarzuty tłumaczą, dlaczego z praktycznego punktu widzenia należy z owych scholastycznych twierdzeń zrezygnować. Jest to konieczne, jak już zostało zaznaczone wcześniej, bo właściwa diagnoza sytuacji człowieka warunkuje właściwe leczenie toczącej go choroby.

    Wśród poglądów średniowiecznej teologii, które stały się przedmiotem krytyki Reformatora, znalazły się przede wszystkim definicje grzechu pierworodnego, które utożsamiały go z żądzą bądź z brakiem. W przypadku żądzy niejednokrotnie jeszcze redukowano jej rozumienie, widząc w niej nie ogólne, grzeszne pożądanie człowieka, które odwodzi go od Boga, ale jedynie pożądanie odnoszące się do sfery cielesnej, seksualnej, przez co poza nawiasem refleksji pozostawały wszelkie inne przejawy grzeszności człowieka. Brak zaś odnosił się do tezy o tym, że człowiek wraz z upadkiem utracił pierwotną sprawiedliwość, którą otrzymał w momencie stworzenia. Dla Marcina Lutra problemem były nie tyle same te klasyczne próby definicji grzechu pierworodnego, które znajdujemy także choćby u cenionego przez Reformatora Augustyna z Hippony, ale raczej wnioski, które z nich wyciągano w późnośredniowiecznym nauczaniu kierowanym do ludu.

    Istotnym jest tutaj bowiem opis tego, jak człowiek winien poradzić sobie z problemem grzechu pierworodnego. Zdaniem późnośredniowiecznej teologii momentem kluczowym jest Chrzest, w którym zmyta jest nie tylko wina grzechu pierworodnego, z czym także zgadzała się Reformacja, ale również sam grzech. Tym samym dla późnośredniowiecznych teologów człowiek po Chrzcie rozpoczynał nowe życie niejako z czystym kontem. To, czy zapisze na nim obciążające go przed Bogiem grzechy śmiertelne, czy też dobre uczynki zależało od jego własnych wyborów. Grzech pierworodny ich nie determinował, stanowił jedynie zarzewie i słabość, które mogły, ale nie musiały doprowadzić do grzesznego czynu.

    Jednocześnie w debacie teologicznej pojawiały się poglądy wskazujące na radykalne zepsucie natury człowieka wraz z upadkiem. Marcin Luter ocenia, że te dwa poglądy nie mogą współistnieć obok siebie, bo wzajemnie się wykluczają. Nie można jednocześnie opisywać naturalnych sił człowieka jako nienaruszonych i mówić, że grzech w sposób radykalny zepsuł w momencie upadku ludzką naturę. To, że ludzie wierzą i przyjmują za dobrą monetę optymistyczne diagnozy jakoby siły człowieka nie zostały naruszone przez grzech i jest on w sposób wolny zdolny wybierać dobro bądź zło, to złudzenie. Właściwą diagnozą jest uznanie, że człowiek ze wszystkimi swoimi siłami i rozumem został zepsuty przez grzech. Tyle tylko, że dla Marcina Lutra warunkiem uznania takiej diagnozy sytuacji człowieka jest wiara – bez niej człowiek nie jest w stanie poznać swojego rzeczywistego stanu.

    Co więcej, niejasności i nieznajomość problemu w nauczaniu scholastycznym prowadzą do dyskusji na temat uczynków, które nie są ani dobre, ani złe, a także rozróżnianiem rodzajów niewiedzy człowieka, które prowadzi do usprawiedliwienia czynu. Marcin Luter krytykuje tutaj klasyczne narzędzie refleksji moralnej stosowane do oceny czynu wolnej jednostki. Chodzi bowiem o to, że diagnoza grzeszności nie jest w teologii Reformatora w pierwszej kolejności kategorią moralną dotyczącą jednostek, które swoje postępowania kształtują w sposób zupełnie wolny. Jest ona zasadniczo czymś innym – to jest kwestia poznania nie moralnego, a teologicznego. Chodzi bowiem o grzech i grzeszność rozumiane w pierwszej kolejności jako diagnoza stosunku człowieka do Boga, o grzech pojmowany jako postawa niewiary, która rodzi kolejne grzeszne czyny. Chodzi więc o te definicje, które Marcin Luter sformułował już w tezach od 7 do 11.

    W tezach od 20 do 26 Marcin Luter rozwija swoją krytykę scholastycznego ujęcia grzechu, wykazując, że całość nauczania scholastycznego o grzechu jest dowodem na nieznajomość zarówno grzechu, jak i Chrystusa. Wynika to z faktu, że z powodu grzechu rozum, na którego zdolnościach opierają się w swoim poznaniu scholastycy, nie jest w stanie właściwie rozpoznać ani grzechu, ani Chrystusa. Człowiek nie jest też w stanie o własnych siłach właściwie pojąć Dekalogu, a szczególnie jego pierwszej tablicy, która opisuje stosunek człowieka do Boga.

    Teoretycznie człowiek mógłby poznać grzech, obserwując jego oddziaływanie i skutki. Tutaj jednak także na przeszkodzie stoi jego ślepota wynikająca z uszkodzenia zdolności właściwego poznania w wyniku grzechu. Tak spaczony rozum ludzki pomija to, co oczywiście stoi mu przed oczami i twierdzi, że natura ludzka jest dobra, choć codziennie widać, jak wiele potworności dzieje się za sprawą ludzi. Jak zatem można twierdzić, że człowiek jest dobry, skoro zamiast dobra, które winno prowadzić do dobra, tak jak prawda do prawdy, widzimy, że czyni on tak wiele zła? Do tego stopnia, że w świecie zło panuje nad dobrem i tego pierwszego jest zdecydowanie więcej. Przykładem takiego stanu rzeczy jest dla Marcina Lutra życie polityczne, w którym w o wiele większym stopniu panuje złośliwość niż szlachetne poglądy. Innym przykładem są głosy poetów, a także wszystkich innych narzekających na brak dobrych ludzi. Pisząc o wypowiedziach poetów Reformator ma najprawdopodobniej na myśli jedną z satyr rzymskiego poety Juwenalisa z Akwinum (60-127).

    Te wszystkie wyżej opisane strategie poznania grzechu, ze względu na jego skutki prowadzące do zaciemnienia i uszkodzenia ludzkich zdolności poznawczych, nie mogą prowadzić do właściwego rozpoznania istoty grzechu. Źródło tego poznania Marcin Luter wskazuje w tezie 27 i kolejnych. Jest nim Pismo Święte, które poświadcza, że natura człowieka nie jest dobra, a także, iż to, co w człowieku pozostało dobrym, jest używane do złych celów. Zgodnie z tym, co już powiedziane zostało wyżej – właściwe poznanie grzechu jest sprawą wiary. Dzieje się tak, gdyż jego źródłem jest objawienie Boże poświadczone na kartach Pisma Świętego.

    Diagnoza Pisma Świętego służy także temu, by ukazać wielkość dzieła usprawiedliwienia. Tylko grzech traktowany poważnie pozwala właściwie postrzegać dzieło uzdrowienia z niego, jakie dokonuje się w usprawiedliwieniu. Ratuje ono bowiem od wiecznej śmierci i potępienia. Stąd też Boże dzieło usprawiedliwienia należy cenić wyżej od wszelkich ludzkich rozumowych prób samousprawiedliwienia się przed Bogiem, wszelkich ludzkich wymysłów czy wszelkich działań opartych na ludzkich uczynkach. Dla poświadczenia tego stanowiska Marcin Luter odwołuje się do apostoła Pawła, najprawdopodobniej mając na myśli tekst z 1 Listu do Koryntian 1,28. Na tej podstawie Reformator stwierdza, że jesteśmy niczym, tak jak z niczego zostaliśmy stworzeni. Ci zaś, którzy skupiają się na zewnętrznym blasku ludzkich uczynków albo też chcą być kimś przed Bogiem, nigdy nie zdołają poznać wielkości Bożych czynów względem człowieka. Są bowiem podobni do tych, którzy pragną poznać wspaniałość słońca, jednak w momencie gdy ono świeci, to zamiast skupić się na nim, koncentrują się na wychwalaniu blasku spróchniałego drewna.

  • Tematyka: przestudiuj
    Maria Czudek

    Maria Czudek

    nauczycielka

    Bóg mnie kocha

    Bóg mnie kocha
    fot. Magdalena Piniaha

    Zyskałam pewność, że w każdej sytuacji mojego życia Bóg mnie nie opuści, nie pozostawi samej sobie.

    „Dotąd nie przyszło na was pokuszenie, które by przekraczało siły ludzkie; lecz Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni ponad siły wasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyście je mogli znieść”. 1 List Pawła do Koryntian 10,13

    Słowa Apostoła Pawła są dla mnie niezwykle ważne. Kiedy wiele lat temu nauczyłam się ich na pamięć, otworzyły przede mną Boże ramiona. Zyskałam pewność, że w każdej sytuacji mojego życia Bóg mnie nie opuści, nie pozostawi samej sobie.

    Myślę, że każdy z nas przeżywa swoje własne kryzysy. I tak jak różnimy się wyglądem, charakterem, możliwościami, darami, tak różnie przeżywamy konkretne sytuacje; mamy swój własny próg bólu zarówno fizycznego, jak i psychicznego czy duchowego. Ponieważ każdego z nas Bóg stworzył na swój obraz i podobieństwo i każdego kocha tak samo, dla każdego z nas taka sama sytuacja może być inna w sposobie i sile przeżywania.

    Wczoraj na kazaniu pastor zadał nam kolejne zadanie domowe (co jakiś czas się to zdarza) i zaproponował, abyśmy powiesili w swoim domu, w różnych miejscach karteczki ze słowami „Bóg mnie kocha”. Niezwykłe zadanie!

    Wyobraź sobie, że uczysz się do egzaminu i po raz kolejny zdajesz sobie sprawę, że nie zdążysz, że coś zaniedbałeś, że się boisz tego wyzwania… i wtedy patrzysz na napis wiszący nad biurkiem: „Bóg mnie kocha”. Co z tą informacją zrobisz?

    Twoje dziecko cię zawiodło! Po raz kolejny podjęło decyzję, która jest dla niego niebezpieczna i twoje rodzicielskie serce pęka z rozpaczy i strachu…. i wtedy patrzysz na napis wiszący na lodówce: „Bóg mnie kocha”. Czy pozwolisz Bogu zatroszczyć się o twoje dziecko i o twoje emocje?

    W pracy dzieje się niedobrze, tzn. coraz głośniej mówi się o zwolnieniach i czujesz, że to może dotyczyć także ciebie. Strach przed przyszłością, w której nie będziesz mógł/mogła zapewnić bytu swoim najbliższym zabiera ci pokój z serca…. i wtedy patrzysz na karteczkę, którą wkleiłeś do swojej Biblii: „Bóg mnie kocha”. Czy padasz wtedy na kolana, by wyznać Bogu, że Go potrzebujesz – ty i twoja rodzina?

    Nasz Ojciec słyszy nasze modlitwy, wie o naszych potrzebach, zanim się one pojawią (Psalm 33,9–14; List do Rzymian 8,26–28), bo On JEST – w całym czasie równocześnie, więc nas ZNA. Zastanów się nad tym ostatnim zdaniem i powiedz głośno, jak to rozumiesz.

    Potem zaś napisz dużymi literami „BÓG MNIE KOCHA” i zastanów się, czy wierzysz, że tak jest naprawdę. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie i czy wpływa na twoje życie?

    Kryzys jest zawsze trudnym czasem. Rodzi w naszym sercu bunt, niezrozumienie, gniew i tysiące pytań, również skierowanych do Boga. Wtedy właśnie potrzebujemy zapewnienia. Bóg w Biblii wielokrotnie takie zapewnienie nam daje i oferuje ukrycie w swoich ramionach (Psalm 17,5–9; Księga Izajasza 49,21–22). Po prostu z tego skorzystaj!